Notatka na marginesie

#mindfulness

The human was coming from across the street, his whole world was his smart-phone. Next to him small doggo was walking happily.
„Oh! Being, there is a being next to us” – thought doggo on the leash.
„Look, hey, look there’s a human next to us!” doggo tried to save the situation and smiled at me.  „Look, human!” said doggo for the last time and soon after it was too late. They passed, I passed, it was too late.

#mindfulness

Reklamy

Arequipa, Peru – should I stay or should I go

Ok, hard to believe – this is happening. I’m writing my first post in English.. but why?

Till today all the thoughts I was sharing with you guys, appeared here in my native language – Polish. But writing my previous post while living somewhere abroad I found myself thinking ‘jeez, I’d rather write it in English, would be so much easier’.

Well, not that my English has gotten already better than my native language, not this case.

I have been travelling on and off for close to 3 years now. And since I have left Poland again (3 months ago), the greater part of my life again happens in English. My best friends are located all around the world, making me speak English even more. Also I found myself thinking and dreaming in this language and on the top, all the adventures I have while travelling here and there happen in English so it’s just more adequate to describe them as-they-were. Sooo

Forgive my mistakes, I don’t care about them anymore so do the same and enjoy the trip with me!

SONY DSC

 

***

Entonses… right, I decided to speak English, not Spanish. My brain is literally getting burned, I can clearly feel as it is consuming glucose to understand anything, pick any words I could possibly know in Spanish, as yesterday I moved to a tiny hostel to volunteer for a little while. The owner is a cute, 40ish Peruvian who runs his home-hostel living there with his mum, and guess what. They do not speak English. I mean, the mum is a pure definition of “not speaking English at all”, he is a little bit further. Means that my very broken Spanish combined with handful of simple English words actually give us a conversation, which is awesome.

Jamie’s house is situated 2 km from the historical centre of Arequipa. Workaway doesn’t actually work here very well, so he was among the 10 applications I made, the only one that responded so far. Introductory meeting was cool though very challenging. And by very challenging I mean VERY. So even though I enjoyed his company the effort to understand anything was so big, that after hour and a half I decided to cut off my suffering and returned to hostel I was staying in by that time.

Next day, with my batteries charged and attitude positive as possible I moved to Jamies house and started a new chapter in Peru.

How’s Arequipa?

Arequipa is Peru’s second biggest city framed by 3 volcanoes having quite gorgeous names: Chachani, Mistic and Pichu Pichu (I love Peruvian cute names for cities and volcanoes so far).

Coming here from the sea level based places you can feel the change of altitude, as Arequipa is placed on 2.335 m above. You might experience headache, shortness of breath, some stomach problems, slower digestion, fatigue, nausea. This is all caused by decreased amount of oxygen when getting higher up to the mountains. Usually this will appear around 10 hours after arriving and will last for 1 to 3 days. It’s been 4th day here, I still feel a bit fatigued and my digestion is not as I’d like it to be but don’t worry, this will quickly pass as you start enjoying the city (that’s what I’m telling myself) and that’s what some smart-websites say.

Why I didn’t like Lima? Well… ask me what I liked there, the list will be just much shorter. Mostly because of the huge pollution level, amount of truly crazy cars and noise. Also unfortunately in Lima I didn’t feel very safe. Hard to say why, as nothing bad happened while 3 weeks there (maybe because I just didn’t go out at all? That could be possibly the reason hmm). Just people’s warnings, opinions and my intuition combined made me look around alerted all the time.

Arequipa, in spite of my expectations, is not as calm and tranquil as I thought, though there is a difference between Lima and I can already see – it’s bit more friendly for my ears and eyes. But my lungs.. sorry Arequipa. I have no idea what are your pollution restrictions for cars but I bet you have none. Every second vehicle produces this black cloud of exhaust that you can literally get lost in. All together combined just give me a constant headache, but I will still give you a chance!

Baños Termales Yura – Thermal Baths

Sleepy and not-well-rested after the short and noisy night, I had a breakfast downstairs in the kitchen with Jamie, his 70ish year old mama and two fellow travellers I met the day before. That was an Argentinian – US couple travelling with their cool, old Ford across the Americas.

Once we all packed into the car, we were heading to the city called Yura, approximately 25 km north from Arequipa. Due to the traffic (did I mention it is quite bad?) it took us more than one hour to get to the place, but we have finally done it. It’s gonna be great! Hot springs, thermal baths, good that I took my camera! Sun and nutrition for my skin, mineral waters… wait stop. Nothing was even close to what I expected.

We found ourselves in a small, quite cute city (or rather few houses along the road) but those amazing Baños Termales turned out to be four dirty, smelly, full-of-old-people tiny pools. Few people in one pool was equal a human-soup. You could barely see the water. Look at that…

SONY DSC

So if you find yourself reading about the place and considering it as an amazing trip for a day, stop it. I mean go for it only if your fetish includes exchanging pieces of plankton-like things and white, unknown sediment with other old Peruvians. Don’t get me wrong! I’m still alive (so far) and at the end of the day this was truly unique experience finished with Aji de Calabaza (eggs, veggies, beans and cheese with rice) in a totally Peruvian, small restaurant nearby. All completed by a glass of amazing fermented Chincha Morada.

SONY DSC

Well.. so if you didn’t hurt your ears (or eyes) so far, follow more Peruvian (and not only) stories, be patient about my English and enjoy the rest of the day!

Love, Monika

Huachacina, Peru – oaza szczęścia.

Jadąc do miasta o wdzięcznej nazwie Arequipa, grzechem było nie zahaczyć miejsca o jeszcze lepszej nazwie – Huachacina. Cztery godziny drogi na południe od Limy położona jest Ica, której częścią jest niesamowita oaza (ta właśnie Huacha-fucking-china, jak to nazywają ją tutejsi) otwierająca wrota do ciągnącej się później przez dobre 70 km pustyni. Nic, nada. Tylko piach.

Miejsce jest niestety całkowicie turystyczne, całe miasteczko to kumulacja hosteli i restauracji wokół tafli wody. Miejsce doskonałe do podziwiania zachodu słońca nad pustynią, naładowania baterii i ruszenia w dalszą drogę. No chyba, że…

Chcecie spróbować sand-boarding, czyli pustynnej wersji snowboardu, ale od początku. Będąc tu, w Huachacinie, po prostu trzeba zapłacić te 35 soles (moje przeliczenia „na oko” mówią 38-39 PLN) za poł-ekstremalną przejażdżkę tutejszą maszyną (przypominającą klatkę z silnikiem i kołami, nazwijmy to jednak samochodem). Podróż trwa około godziny, kierowca zabiera nas parę kilometrów w głąb pustyni, zatrzymuje się kilka razy na zdjęcie, kilka razy na zjazd na desce i kilka razy próbuje przyprawić o zawał swoimi manewrami na pustyni. Metalowa struktura tego pojazdu przypominająca klatkę, jest jak najbardziej na miejscu! Awesome.

SONY DSC

Zjazd na desce w tym pakiecie to jednak tylko (albo i aż) zjazd z kilkudziesięcio metrowej piaszczystej góry na brzuchu. Tutaj nikt nie pozwoli nam na założenie porządnej deski i popis sand-boardowy, w związku z zachowaniem bezpieczeństwa i prawdopodobnie ratuje to wiele żyć.

Po południu zbieram siły (głownie te mentalne) by wspiąć się wreszcie wyżej niż poziom oazy i przedstawić się osobiście bezkresnej pustyni, tak więc zaczynam morderczy marsz w górę. Wszystkie cudne miejsca, które widziałaś, wymagały wysiłku po drodze! Powtarzam sobie ziejąc z gorąca i po kilkunastu minutach zbliżam się do jednego ze szczytów. Już tutaj widok wynagradza wszelkie trudy.

I oto spocona i szczęśliwa słyszę całkowicie niespodziewane „Monika!” z ust Dito, jedynego Peruwiańskiego snowboardowego reprezentanta kraju, którego poznałam wcześniej w Limie. Czy jakoś specjalnie dziwi mnie ten zbieg okoliczności? Już nie, nie po tym jak kilka dni wcześniej prosto z oceanu wychodzi mi naprzeciw surfer, ten sam chłopak, który siedział obok mnie w samolocie do Peru. Chyba nie muszę wspominać, że Lima jest „całkiem” duża jak na takie przypadkowe spotkanie?

Pasja Dito zaczęła się od sandboardu w Huachacinie, gdzie się wychował i później dzięki niesamowitej konsekwencji, przerzuciła się na śnieg. Dito jest pierwszym i jedynym reprezentantem kraju w tej dziedzinie, prekursorem i aktywistą. Stara się pozyskać pomoc rządu aby kreować zdrowe nawyki sportowe wśród Peruwiańskich dzieci i młodzieży, sam trenuje dzieciaki na piachu. I oto ja szczęściara dzień później śmigam sobie na desce, na której wygrał mistrzostwa świata, nieźle co!

DCIM101GOPROGOPR2994.JPGSONY DSC

Technicznie…. Czy snowboard jest podobny do pustynnej wersji? W sumie tak, trzy sezony na śniegu wystarczyły aby już pierwszego dnia mieć wielką radochę ze zjeżdżania na piasku. Jednak nie ma tak łatwo, na każdy kilkunasto-sekundowy zjazd trzeba sobie zapracować morderczym (dla nowicjusza) podejściem pod górę. Miejscami piasek na górze jest twardszy, czasem jest niemalże płynny, a wtedy marsz w górę to syzyfowa praca. Z każdym krokiem zapadasz się coraz bardziej. Nagle 10 metrów podejścia to już nie błahostka, to jest dzieeeesięęęęęęćććć metrów, człowieku, wieczność.

Tak więc przyjeżdżając do miasta Ica można prawdopodobnie znaleźć sobie inne atrakcje, jednak spoglądając prawdzie w oczy, oaza Huachacina jest tutaj główną atrakcją. Już na samym początku kuszona byłam możliwością wolontariatu w jednym z tutejszych hosteli, z marszu odmówiłam. Ja tylko na 1 dzień, chłopaki, bez szans. Po wypróbowaniu sandboardu oczy zaczęły mi się jednak świecić na daną wcześniej propozycję, szczęśliwie ocknęłam się z piaszczystego snu i zdecydowałam kilka dni później kontynuować podróż do miasta docelowego- Arequipa.

Żegnajcie więc na chwilę pustynne zachody słońca, piaszczyste wiatry, imprezowe hostele, bezkresne wydmy i słońce.. dobra. Słońce zabieram ze sobą do Arequipa, muszą być kompromisy. Dalej w drogę!

SONY DSC

Love, Monika

Paracas, Islas Ballestas & National Reserve czyli skarby Peru

Opuszczam Limę po 3 tygodniach, niewyspana, o 4 nad ranem, szczęśliwa. Po 3 godzinach w wygodnym autokarze Cruz Del Sur dotarłam do Paracas, skąd od razu ruszyłam łodzią w kierunku wysp Ballestas. Po 10 minutach na wodzie docieramy do pierwszego zdumiewającego miejsca, na jednej z wysp, pośrodku piaszczystej góry widnieje ogromny kaktus wymalowany na piachu. Jest to słynny prehistoryczny geoglif o wdzięcznej nazwie Paracas Candelabra, zamiennie Candelabra of Andes. Znak datowany jest na rok 200 BCE . Figura jest gigantyczna, mierzy 181 metrów (wysokość) i jest wystarczająco duża by zobaczyć ją z 12 mil (prawie 20 km!)

DSC05865.JPG

Po kolejnych 15 minutach docieramy do niezwykłego zbiorowiska wysp zamieszkałych przez uchatki, pingwinki i niezliczone rodzaje i ilości ptactwa. Jeden z gatunku ptaków zamieszkujących wyspy nosi wdzięczną nazwę „Peruvian boobies”. Czuję się jak w National Geographic, znów. A wszystko za jedyne 30 soles! Plus podatek od turysty, chyba 3 soles. (Jeden peruwiański SOL to około 1,2 PLN, z lenistwa przeliczam 1:1 i dodaję resztę „na oko”)

SONY DSCSONY DSCSONY DSC

Po powrocie na brzeg za kolejne 30 soles autobus zabiera mnie w miejsce, które zaprze dech w piersiach jeszcze mocniej, a mianowicie Paracas National Reserve o powierzchni 3.350 km2, usytuowany niedaleko miasta Pisco. (Pisco, tak, dokładnie tak samo jak narodowy drink). Tenże park narodowy jest o tyle wyjątkowy, że składa się tylko i wyłącznie z…. pustyni. Tak, dokładnie. Piasek dookoła, z przodu, z tyłu, u góry, nawet telefon komunikuje mi, że nie ma punktu odniesienia na zdjęciu, gdy próbuję po raz kolejny zrobić panoramiczną fotkę. Halo! Jasne, że nie ma punktu odniesienia, jestem na pustyni!

SONY DSC

Głównym celem utworzenia parku narodowego na owej powierzchni jest ochrona wspaniale zróżnicowanego ekosystemu oraz ochrona i zachowanie pamięci historycznego dziedzictwa rdzennych mieszkańców tego regionu.

Rezerwat jest domem dla między innymi flamingów, których niestety nie było dane mi zobaczyć ze względu na nieodpowiedni dla nich sezon. Czy wiedzieliście, że to miejsce charakteryzuje się największą wzdłuż linii brzegowej.. hmm.. koncentracją ptaków na ziemi? Nie? Ja też nie, niesamowite. Przy wjeździe na teren rezerwatu znajduje się również muzeum nazwane imieniem archeologa, który dokonał największych odkryć na tym terenie Museo Sitio de Julio C. Tello zawierające wiele ciekawostek i artefaktów dotyczących kultury Paracas oraz jeszcze więcej niesamowitych faktów na temat fauny i flory Peru.

Jednen z kilku naprawdę wyjątkowych widoków (poza kilometrami piaskowóych gór i równin, również zapierających dech w piersiach) jest Plaja Roja, czyli jedna z pięciu na świecie plaż pokrytych czerwonym piaskiem. Piasek ten powstaje w wyniku erozji pobliskich klifów dając naszym oczom orgazmiczne wrażenia. Półwysep Paracas, a zatem okolice Plaja Roja i cały rezerwat to również jedno z najbardziej wysuszonych miejsc na ziemi, najbardziej chronione miejsce w Peru oraz oczywiście, zabytek UNESCO.

SONY DSC

 Plaja Roja

 

„Jeśli w przypadku katastrofy na ziemi, miałbym szansę wybrać kraj, który należałoby ocalić w celu rekonstrukcji planety, bez żadnych wątpliwości wybrałbym Peru” David Bellamy, angielski botanik i aktywista.

Love, Monika

Znów poniosła mnie droga – Lauterbrunnen, Szwajcaria

Siedzimy w Lauterbrunnen, w jednym z najpiękniejszych Szwajcarskich miasteczek ukrytych pomiędzy imponującymi szczytami Alp. Ze ścian górskich z gracją wylewają się kilkudziesto metrowe wodospady, a my nie wierzymy własnym oczom. Odkryliśmy raj na ziemi. A jak to się stało? Cóż… tu zaczyna się ciąg niewiarygodnie pokręconych przejazdów autostopem.

Stało się już tradycją, że swoich towarzyszy podróży poznaję po wyruszeniu w trasę. Zgodnie z tym znalazłam po drodze Tomka i w dniu poprzednim kontynuowaliśmy naszą podróż z Zagrzebia. W kierunku Słowenii zabrała nas młoda, wyluzowana para podróżników (on niemiec, ona RPA). Podróż przebiegała w świetnej atmosferze i nim się obejrzeliśmy, bukowaliśmy wspólnie hostel w pięknej Ljubljanie i wraz z nowo poznanym Australijczykiem wyruszyliśmy na „tradycyjne słoweńskie piwo” lub cztery. Następnego ranka odwiedziliśmy wspaniały rynek Ljubljany w znacznie lepszych warunkach pogodowych, obejrzeliśmy wspaniałe, otaczające miasto wzgórza z murów zamku i po wszystkim niemiecko-afrykańska wesoła para podwiozła nas na autostradę w kierunku…. No właśnie.

Zjechaliśmy w kierunku zupełnie przeciwnym do planowanego, a stacja paliw jak na złość nie ukazywała się przez kolejne 2, 5, 10 km. Cóż nam pozostaje, wysiadamy na pierwszym parkingu i co by nie oddalać się bardziej, przemyślimy sprawę. Wyjścia mieliśmy dwa, albo przebiegamy autostradę ryzykując życiem i mandatem, albo przemycamy się autostradą w stronę najbliższego mostka, przeskakujemy przez siatkę i udajemy się na drugą stronę (nie muszę wspominać, że oba wyjścia były nielegalne i surowo karane).

Przerzucając plecaki na mostek zauważyliśmy słusznej postury poważnego Pana mundurowego, który już czekał na nas z notesem. Cała sytuacja wróżyła drogi przypał, jednak po poważnej rozmowie i okazaniu skruchy, Pan spisał nasze nazwiska po czym.. zawiózł nas 15 km dalej na „słuszny spot autostopowy” i życzył powodzenia. Jakiegoż wysiłku wymagało od nas utrzymanie skruszonych min podczas podróży.. powinniśmy organizować zawody. Gdy tylko samochód odjechał, wybuchnęliśmy niekontrolowanych śmiechem, pozbieraliśmy się po 15 minutach i szybko złapaliśmy kolejnego stopa do Wenecji. Wspomniałam już, że w zasadzie to wozimy się głównie odpicowanymi mercedesami? No, nie narzekamy!

Z okolic Wenecji tuż przed zmierzchem zabrało nas wyluzowane małżeństwo w średnim wieku, nasz kierunek to Milan. Jednak po krótkiej rozmowie okazało się, że.. „mąż jedzie do Mediolanu ale jutro rano o 6 może was zabrać do Szwajcarii. Odstawimy was na kemping obok domu i wrócimy rano, pasuje?” Eeee.. no, jasne! Punktualnie stawiliśmy się w umówionym miejscu i ledwo żywi, po czterech godzinach snu dotarliśmy do granicy ze Szwajcarią. Migowo pan mąż zakomunikował nam, że granicę musimy przejść już pieszo, problemy z dokumentami i imigrantami a on się spieszy. Nie wiemy, nie rozumiemy, ale ok, ciao!

SONY DSC

SONY DSC

„I work with kurwas”

Z granicy szwajcarskiej szybko zabrał nas dwudziestocztero letni żołnierz i zostawił na kolejnej stacji benzynowej. Stamtąd po średnio-długim oczekiwaniu przejął nas szwajcar pochodzenia bośniackiego. Gdzie jedziemy, co robimy, rozmowa się klei. W końcu pytam: a czym Ty się zajmujesz? „I work with kurwas”. Nasze miny… możecie sobie wyobrazić, ja też, choć nie widziałam swojej. „Wszystko legalnie, dobry biznes ale ciężka praca. Głównie przyjeżdżają Rumunki. Daję im pozwolenie na pracę, podpisuję papiery. Zależy, jak widzę, że dziewczyna jest dobra i zarobi dla mnie porządne pieniądze to dostaje papiery na rok. Blow job kosztuje tyle, anal tyle, a są też ekskluzywne studentki, wtedy jest drożej. Ciężka praca, trzeba dużo myśleć, wszystko zaplanować, zatrudnić dziewczyny, kupić alkohol do baru, papiery, dokumenty… trzeba mieć dużą odporność na stres. Najpierw byłem piekarzem, potem uczyłem się budowy, a teraz wujek zaproponował mi tę pracę, 3 lata i jestem ustawiony. Nawet do 20 tysięcy franków na miesiąc, nieźle”.

Uśmiech nie schodził mu z twarzy, nam tym bardziej. Zaszokowanie z rozbawieniem mieszały się przygotowując do wybuchu niedowierzania tuż po zamknięciu drzwi. Przyjazny alfons zostawił nas na Szwajcarskiej autostradzie prowadzącej w stronę Zurychu i pomachał na powitanie, ujawniając tatuaż-kwiatka wdzięczący się z nadgarstka. Co za gość.

Kierunek – Bern. Czy aby na pewno?

I tu zaczyna się wisienka na torcie, ukoronowanie naszego dnia. Zmarznięci czekamy coraz dłużej na stacji benzynowej, temperatura tylko spada. Nawet na siku za 1 euro i kawę za 3 franki nas nie stać. To znaczy stać, ale bez przesady.. Po dwóch godzinach zatrzymuje się nasz wybawca na Szwajcarskich blachach – tak! Jedzie w stronę Bern, w końcu! Wsiadamy i przygoda się zaczyna na dobre.

Gay bardzo słabo mówi po angielsku, pochodzi z Włoskiej części Szwajcarii ale mieszka we Włoszech. W Bern pracuje i ma małe mieszkanko ale „Szwajcaria taka stresująca, Italia lepiej, kolorowa, kocham Cię Italio!” Jest niesamowicie pogodny i gadatliwy, a gdy zdesperowany nie może wysłowić się po angielsku, zaczyna nawijać do nas po francusku lub włosku i wszyscy umieramy ze śmiechu. To gdzie chcecie jechać? W stronę Bern, ok, no problemo!

Część bardziej skomplikowanej konwersacji o pracy, życiu, planach i naszej trasie odbywamy na gogle translatorze, idzie zaskakująco sprawnie, a wszystko przy akompaniamencie hitów Rihanny. Nieoczekiwanie (dla nas) orientujemy się po dłuższej chwili, że w zasadzie zjazd, który mielismy z Tomkiem na myśli jest już dawno za nami i zaczynamy całkiem solidnie oddalać się od naszego celu, wioski Lauterbrunnen w kierunku Zurichu.

Wytężam więc język migowy, upraszczam znacząco mój angielski i translator idzie w ruch. Nasz kierowca bardzo się przejął, przez kolejne 10 km próbowaliśmy dojść do porozumienia, odradzał nam jechanie do Lauterbrunnen po zmroku gdyż prawdopodobnie nie złapiemy okazji do wieczora. Po drodze zgodziliśmy się już na nocleg w Bern i kilka innych opcji. Ostatecznie rozmowy i zabawa trwały w najlepsze, nasz Szwajcar upatrzył sobie mnie jako przyszłą żonę więc zyskaliśmy niezłe przywileje. Tak zaciekawiło go nasze zaparte dążenie do wioski, że.. postanowił nadrobić 200 km i zawieść nas do Lauterbrunnen. „Katastrofe! Cold, mountains, tent! Lauterbrunnen, katastrofe!” I znów wszyscy raz po razie umieramy ze śmiechu.

„Sigura, Monika? (jesteś pewna że zostajesz?)”My apartment, no problemo if you don’t like the village”. Zaproszenia na pizzę I paste były bardzo obiecujące, ale zdecydowaliśmy się zostać w dolinie. Zatrzymaliśmy się na parkingu, po kilku godzinach krążenia po połowie Szwajcarii nasz genialny kierowca dowiózł nas do celu. Na koniec dostałam czekoladki, zaproszenie na wycieczkę motocyklową za 14 dni, potem obietnicę wizyty w Peru i wspólną wycieczkę do Australii. Oczywiście ja uczę się włoskiego, on angielskiego i jesteśmy ustawieni na najbliższą przyszłość.

Robiło się zimno, ostatnie upewnienia „sigura Monika?” Chcesz moją kurtkę? Nie, ok, szaleni! Wysłał nam dziesięć buziaków, wymieniliśmy numery i odjechał.

Nie muszę wspominać, że z Tomkiem przez 15 minut tarzaliśmy się ze śmiechu zwracając uwagę wszystkich turystów i lokalsów w promieniu 30 metrów. Wspomnieliśmy szybko wszystkie szalone podwózki, które doprowadziły nas ostatecznie do najpiękniejszego miejsca w Szwajcarii środkowej, Lauterbrunnen, zostawiliśmy plecaki w pobliskiej restauracji i wyruszyliśmy na odkrywanie ukrytego raju.

Nawet nie zarejestrowałam, że po 10 minutach zapytałam mojego towarzysza podróży „czy on nam powiedział, że the bus is za darmo?” Chyba musimy zdecydować się na komunikowanie w jednym języku..

LAUTERBRUNNEN

Miasteczko leżące w Szwajcarskiej dolinie Lauterbrunnental przecina lodowata rzeka Weisse Lütschine, potęgując przy tym i tak już niesamowity, górski klimat. Topniejący w górnych partiach doliny lodowiec powoduje, że rzeka jest krystalicznie czysta i piekielnie zimna.

Kolorowe, ozdobione donicami domki z różnorodnymi okiennicami, zielone połacie traw i wysokie drzewa otaczają szczyty Alp Berneńskich, a nad naszymi głowami szybują paralotniarze potęgując wrażenie nierealności rajskiej doliny, w której się znaleźliśmy.

Lauterbrunnen nazywane jest doliną siedemdziesięciu dwóch wodospadów, z których jeden prześciga drugi wysokością i rozmachem. Jest bramą do jednej z najbardziej imponujących dolin w Szwajcarii, a otaczające dolinę skalne klify mają nawet do kilkuset metrów wysokości. Goethe był tak zainspirowany widokiem 297 metrowego wodospadu Staubbach, będącego częścią doliny, że stworzył swój sławny utwór Song of the Spirits of Water.

Cóż… my może nie stworzyliśmy z wrażenia żadnego arcydzieła (jeszcze, tylko czekajcie) za to spędziliśmy w miasteczku niezapomniany dzień i noc, z pewnością jest do czego wracać..

SONY DSCSONY DSCSONY DSC

Love

Monika

Długa droga do raju, czyli wolontariat w Albanii

Gjipe

Zasypiać i budzić się z takim widokiem? Całkiem nieźle, tak właśnie wyglądał mój wolontariat w Albanii.

Serwuję ciepławą wodę kolejnej przemiłej parze (lodówka nie daje rady przy 35 stopniach), znów pada pytanie „Co tu robisz? Jesteś z Polski, aha, wolontariat, aha, dlaczego akurat tutaj?”

Cóż, odpowiedź jest prosta – loteria, przypadek, chybił-trafił, jak zwał tak zwał. Australia dała mi bolesnego kopniaka w postaci niechcianego maila z przytłaczająco jasnym tytułem „NIE ZAKWALIFIKOWANO”. Długo wyczekiwana decyzja o wizie work and holiday, o którą starałam się przez ostatnie kilka miesięcy była nie pocieszająca, trzeba było więc znaleźć alternatywę.

Często powtarzam sobie i innym „nie ma oczekiwań, nie ma zawodu”. Niestety moje marzenie o pracy w Australii pielęgnowane przez tak długo ucięte jednym mailem poskutkowało przez chwilę stanem około depresyjnym.

Trzeba było zadać sobie w tym momencie kilka kluczowych pytań. Pierwsze z nich – retoryczne – czy zostaję w Polsce? Nie, jasne, że nie. Więc gdzie chcę jechać? Ciepło czy zimno? Ciepło. Kraje angielskojęzyczne czy nie? Lepiej angielsko, Azja trochę zmęczyła mnie pod względem komunikacji (a raczej nie-komunikacji) werbalnej i wizja kolejnych totalnie niezrozumiałych języków brzmiała średnio ciekawie. Góry czy morze? Lepiej morze ale nie upieram się. I tak dalej…

Tydzień zadawania sobie podobnych pytań skutkował tylko większym zakłopotaniem. Zdawało się, że stresujące oczekiwanie na Australijską wizę zostanie w jednym dniu zakończone falą radości lub smutku ale mail z ambasady był tylko początkiem, z każdym dniem zawód był coraz większy – nic bowiem nie wydawało się wystarczająco dobre. Do rzeczy.

Skoro nic nie jest wystarczająco dobre, przybrałam taktykę wybrania kierunków, które będą okej. Padło na formę wolontariatu, gdzie znów niezawodny okazał się portal „workaway.info”. Niestety (o ile nie jest to Australia) procent odpowiedzi na wysłane zapytania jest bardzo niski, szacuję go na jakieś 20%, by uzyskać względnie satysfakcjonującą odpowiedź lub kilka, trzeba wysłać odpowiednio dużo zapytań do różnych hostów. Poszło do Portugalii, Hiszpanii, na Maltę i do Albanii. (update: całkiem nieźle odpisują w Albanii, Bośni i Serbii)

W ostatnim tygodniu pracy w Warszawie dostaję odpowiedź i mimochodem komunikuję ją dziewczynom w pracy „o, odpisali z Albanii, to chyba już wiadomo gdzie jadę”. I w tym momencie los znów postanawia przejąć stery pod postacią odpowiedzi „mój znajomy właśnie jedzie do Albanii i ma jedno wolne miejsce”. Jakkolwiek nie prawdopodobnie brzmiało to w pierwszej chwili po kilku dniach pakowałam swój plecak na tył poczciwego, białego vana.

Planowane 4 dni drogi przedłużyły się do bagatela 8,5. Silnik przegrzany w małej wiosce w Chorwacji, 2 dni oczekiwania na mechanika. Kolejny dzień spędzony tylko na wjeździe, po środku i wyjeździe z Czarnogóry. 4,5 h korka do pierwszej granicy, 2 h czekania na koniec festynu w środku miasta i ponowne otwarcie drogi i równie koszmarny wyjazd z kraju. Oh Montenegro… na drugi raz prędzej nadrobię 200 km niż wpakuję się na twoją jedyną chyba w kraju, zatłoczoną drogę.

Później Sarajewo. Już niby wszystko pięknie, już podjeżdżamy pod hostel, którego… w rzeczywistości nie ma. Pewnie chcieli nas sprzedać na organy, więc może i lepiej. W tym miejscu nie polecam pakowania się na ostatnią chwilę do randomowego hostelu w Sarajewie, prawdopodobnie podniosą cenę w ostatniej chwili, gadając między sobą i sądząc, że nie rozumiecie ani słowa. UPS, Polski język taki podobny.

Sukcesem okazał się dopiero trzeci zabukowany on-line hostel. Poprzedni również wyglądał podejrzanie no i nikt nie odbierał telefonu. Warto jednak było czekać, nasz host dał z siebie wszystko, miejsce było piękne i czyste. Rano dostaliśmy świetnie zaparzoną kawę, kilka wskazówek no i okazało się, że… byliśmy pierwszymi gośćmi. Tą miłą wizytą prawdopodobnie zachęciliśmy go do kontynuowania biznesu, fajnie. Fajnie było w końcu wykąpać się pod prysznicem (nie żebym miała coś do tych dotychczasowych jezior i pryszniców z butelki wody, ale… wiecie)

Albania, w końcu

Po wyczerpującej drodze, bez klimatyzacji, z drzwiami otwartymi na patencie przez 2000 km nasze stopy, a raczej koła, stanęły na Albańskiej ziemi. Spragnieni morza skierowaliśmy się pierwszą możliwą drogą w stronę wybrzeża, i oto „główną” (szutrową i dziurawą) drogą dojechaliśmy w rejon Velipoja, do długiej, szerokiej, opuszczonej i brudnej Albańskiej plaży.

Oprócz mnóstwa śmieci było błogo, cicho i przyjaźnie. Przyjemną drzemkę przerwało nam chrumkanie wesoło przebiegających obok prosiaczków, zaraz potem uwagę przykuł dzwonnej samotnie podgryzającej drzewo obok krowy. Fajna była, nie taka nafaszerowana, tylko smukła, ruchliwa i chyba szczęśliwa. Obszczekał nas też dziki piesek po czym poszedł sobie gdzieś.

Od początku Albania zaskoczyła nas przyjaznym podejściem mieszkańców. Na tej zapomnianej przez ludzi plaży momentalnie udało nam się zakopać w piachu ale już po 2 minutach dosłownie otoczyli nas tamtejsi rybacy proponując pomoc, łopaty i wskazując na traktor. Odziwo nawet jeden z nich mówił po angielsku i bez naszej specjalnej prośby zorganizował całą akcję ratunkową. Jeden tamtejszy wskazywał drogę i kąt wyjazdu, kolejni już stali przy samochodzie gotowi do pchania. Wszystko przebiegło tak zaskakująco sprawnie, że kontemplowaliśmy nad tym aktem pomocy przynajmniej przez 2 h.

Wracając zahaczyliśmy o małą restaurację, która również okazała się być strzałem w dziesiątkę. Kelner starał się jak mógł, zaparzył nam świetną kawę, poczęstował tamtejszym przysmakiem przypominającym pieczony chleb z serem białym, na deser przyniósł nam do spróbowania zerwane z pobliskich drzew świeże, piękne i przepyszne zielono-fioletowe figi. Zdziwiony ponad 20% napiwkiem pożegnał nas z uśmiechem a nasze morale podskoczyły na dalszą drogę.

Czekało nas już tylko 300 km drogi do miejsca docelowego – plaży Gjipe, na której to miał odbywać się mój wolontariat.

Nękana różnymi symptomami długiej drogi i zmęczenia dotarłam na plażę. Skwar oblał mnie po raz kolejny ale podekscytowana popędziłam szukać właściciela (imię sugerowało, że będzie to kobieta więc czekało mnie małe zaskoczenie, szczegół). Powitał (a raczej nie powitał) mnie opalony, szczupły facet w średnim wieku pytając bardzo leniwym głosem oraz twarzą bez wyrazu „czy możemy porozmawiać później? Teraz jest za gorąco”. Co miałam zrobić, zdezorientowana przytaknęłam i byczyłam się na plaży do końca dnia.

To co ja właściwie mam tu robić?

Nie przypominam sobie, by przez cały czas ktoś wydał mi jasne i nie budzące wątpliwości polecenie. Przysięgam, cały ten wolontariat to był zbiór wyluzowanych i, co kluczowe, nieustannie zjaranych ludzi z całego świata. Jarały ze sobą na śniadanie, obiad i kolację Argentyna, USA, Meksyk, Albania, Niemcy i tak dalej. Jakiekolwiek pytania o konkrety były absolutnie zbędne i zawsze kończyły się leniwym podsumowaniem „wyluuuuzuuuujjj”.

Po kilku dniach zebrałam się na optymizm i stwierdziłam, a co mi tam, też będę miała wobec tego swój własny świat i wyluzuję, jak sugerują. Wyszło mi na dobre. (Przysięgam, obrażalscy ludzie na własnych rękach wspięli by się w górę kanionu już pierwszego dnia. Na poranne pytanie „co chcesz żebym dziś robiła?” szef odpowiedział krótkie, poważne „tańcz.” Już go uwielbiam). Serwowanie piwek w barze, oprowadzanie gości po campingu, gotowanie i co najważniejsze – totalny luz. Mój namiot przez większość czasu stał pusty, gdyż spanie na bajecznym brzegu było dużo ciekawszą opcją. Co za poranki..!

„O której wstajemy?” To było moje pierwsze pytanie. „Jak słońce dotknie namiotu, to nasz naturalny budzik.” I tak też było.

Mariglen, właściciel, okazał się przyjaznym, po prostu wiecznie zjaranym człowiekiem z fajnym (acz często wprawiającym w zakłopotanie) poczuciem humoru. Opiekował się tym rajem na ziemi przez kilka miesięcy w roku, gdy koryta nie zalewała rzeka. W zimie plaża zamieniała się w ujście rzeki Gjipe do morza.

Gjipe beach (48)

Podsumowanie

Oh Gjipe beach, albania w słodko-gorzkim wydaniu. 2 tygodnie wydały mi się wiecznością.

Słodycz zapewnia bajeczne wybrzeże, krystalicznie czysta, lazurowa woda otacza Cię radośnie gdziekolwiek popłyniesz. Ukryte w skałach jaskinie raz puste, z przypływem gwałtownie wypełniają się wdzierającymi się do nich falami. Słodkie słońce, słodki wschód na plaży i słodki zachód o palecie czerwieni jakiej wcześniej nie spotkałam. Świecący plankton otaczający ciało niczym magiczny pył, gdy szliśmy pływać przy blasku gwiazd.

Za dnia miejsce zmienia się w nieco turystyczny zakątek, główne zasłyszane tematy to wakacje, piwko, piwko, siatkówka, ręcznik woda i znów piwko. Nic specjalnego, nie moje klimaty. Albańska grupa chłopaków znów przegrywa w siatkówkę bo.. ciągle się kłócą. Piłka leci, a oni się kłócą. Kończą gdy piłka ląduje na ziemi, zabawne.

Albańscy mężczyźni są ciężcy do rozgryzienia. Nie tracą czasu na wymianę uprzejmości: podaj piwo, chcę wodę, dwie kawy już, co na obiad, czemu nie ma jajek, tylko warzywa? I tak w kółko. Na pierwszy rzut oka trudno oprzeć się wrażeniu, że są po prostu nie przyjemni dla siebie i ludzi wokół. Z zewnątrz wygląda właściwie jakby ciągle się o coś spierali. Wynika to z mimiki i tonu głosu, niskiego i jakby gniewnego. Ale przy bliższym poznaniu szybko okazuje się, że to wspaniali ludzie, którzy wyjątkowo nie mogą sobie poradzić z okazaniem uprzejmości gdy pojawia się bariera językowa.

Ogniska nocą przywracają magię miejscu, bar zamykamy w środku nocy, zapach zioła nie przestaje się unosić, gitarę przejmują kolejno Argentynczyk, Polak, Włoch i tak żegnamy kolejny, ostatni dzień mojego pobytu. Co dalej – nie wiem. Pozdrowienia z raju.

Love , Monika

Jak zdobyć pracę w Wietnamie

Słowem wstępu, jeśli chcecie pracować w Wietnamie, żyć na dobrym poziomie i znacie język angielski, bukujcie bilety już dziś. Wietnamskie szkoły stawiają ogromny nacisk na praktykę języka, zlecają nawet swoim uczniom i studentom zajęcia pozalekcyjne, czyli krótko mówiąc idźcie i zaczepiajcie przyjezdnych! Serio.

Z archiwum: Gdy dosiadł się kolejny młodzieniec, z szerokim uśmiechem i standardowym już „can I talk to you in English?” dotarło do mnie, że właśnie na własnej skórze doświadczam nowej polityki Wietnamu ukierunkowanej na szerzenie języka angielskiego jako powszechnie używanego wśród obywateli. (tutaj przeczytasz resztę wpisu o Hanoi)

Ogłaszam wszem i wobec

„Angielski nie musi być Twoim językiem ojczystym. Musisz po prostu mówić. Jakkolwiek. Może być z błędami. Certyfikat językowy zwiększa Twoje szanse na zdobycie pracy, ale nie jest obowiązkowy. Dodatkowym plusem (czytaj decydującym aspektem) będzie, jeśli jesteś biały.”

To nie przesada, tak mogłoby brzmieć ogłoszenie o pracy nauczyciela j. angielskiego np. w Sajgonie. Dowód? Mój angielski jest na poziomie dobrym (ok, może bardzo dobrym) po prostu umiem komunikować się bez większych problemów, ale oczywiście, że popełniam błędy i absolutnie nie znam wszystkich słówek. Co to znaczy adumbrate, pertinacious, legerdemain? Nie mam pojęcia, zaraz sprawdzę.

Jednak znalezienie pracy jako nauczycielka angielskiego zajęło mi mniej niż 3 dni. W między czasie poznałam sympatyczną dziewczynę z RPA, która władała piękną angielszczyzną (ah, mów, mów do mnie jeszcze dziewczyno!), dodatkowo był to jej język ojczysty.

   – Monika, nie znalazłaś już pracę?

   – Tak, a Ty nie?

   – Jak to możliwe, że, bez obrazy, mówię lepiej i szukam dłużej od Ciebie? Nie sprawiedliwe.. – No nie.

Odrzucili ją kilkukrotnie. Była ciemnoskóra. Nigdy nie czułam się specjalnie uprzywilejowana ze względu na kolor mojej skóry i brak skośnych oczu, aż do wizyty w Azji.

Jak znalazłam pracę?

Jeszcze przed przyjazdem z Tajlandii, dołączyłam do kilku grup na facebook typu „Hanoi expats” „Saigon expats” „Ho Chi Minh jobs” i tak dalej. W stosownej sekcji umieściłam krótką informację o sobie i preferowane zajęcie. Właściwie to nie miałam wielkich wymagań, napisałam, że mogę uczyć angielskiego i opiekować się dziećmi.

W ciągu dwóch dni odezwało się do mnie kilka osób i ostatecznie przeprowadziłam rozmowy z dwoma rodzinami. Cztery dni później pierwszy raz zobaczyłam moją nową host-mamę i pracodawczynię na skype, pięć dni później wszystko było dogadane. Mogłam lecieć! (o początkach i formalnościach związanych z przyjazdem do Wietnamu możecie poczytać TU, O TU)

O szukaniu mieszkania w Wietnamie popełnię osobny wpis, ja zamieszkałam najpierw z Wietnamską rodziną, a później z nowym part-time chłopakiem (nie spodziewajcie się po mnie standardowych wyborów hue hue).

Praca dla szkół

Najbardziej popularną opcją jest praca dla szkoły podstawowej. Szanse istotnie zwiększa tutaj potwierdzenie znajomości języka angielskiego egzaminem np. TEFL (Teaching English as a Foreign Language) Nie mylić z TOEFL (Test of English as a Foreign Language – który potwierdza waszą znajomość języka, ale nie umiejętności przekazywania go innym). Oczywiście wszystko zależy od umowy i wymagań potencjalnego pracodawcy.

O egzaminach z j. angielskiego i różnicach pomiędzy nimi poczytacie TU.

Umowa ze szkołą może gwarantować nam zakwaterowanie, a w niektórych przypadkach nawet dojazdy do szkoły – jeśli jest to częścią kontraktu. Im naprawdę zależy na nauczycielach angielskiego.

Prywatne lekcje

To też nie jest rzadkością. Ci starsi, ambitni Wietnamczycy chętnie (ale nie jakoś na potęgę) szukają prywatnych nauczycieli do pomocy w pisaniu dokumentów do pracy, szlifowaniu wymowy, rozwijaniu słownictwa czy tłumaczeniu. Głównie jednak po to, by ćwiczyć płynność i śmiałość mówienia. A to wcale nie jest takie proste, ponieważ wietnamski to język 6-tonowy z bardzo dziwnymi dla Europejczyków dźwiękami i niektóre angielskie słowa w wersji azjatyckiej brzmią…mistycznie. A ichniejsza konstrukcja zdań przełożona na angielski…. przysięgam, sama bym tego nie wymyśliła!

Na znalezienie ucznia polecam głównie grupy facebookowe oraz couchsurfing (najlepiej wybrać się na organizowane spotkania i po prostu porobić znajomości). Poczta pantoflowa jest nie-za-wod-na.

Zarobki

O zarobkach nie będę się specjalnie rozpisywać, ponieważ wszystko zależy od pracy, warunków i pozostałych okoliczności jakie wybierzecie. Jednak ogólny zarys brzmi obiecująco. Nauczyciel angielskiego z certyfikatem zarabia średnio 25 USD/godzinę. Nauczyciel nie posiadający certyfikatu około 15-18USD/godzinę. Tak, jesteśmy biali i umiemy angielski – jesteśmy bardzo uprzywilejowani.

„Pracuję jako menadżer w przedszkolu, daję z siebie wszystko” powiedziała moja Cô Hue, przyszywana Wietnamska mama. „I tak zarabiam mniej niż Ty ucząc tu angielskiego, takie życie”. Było mi przykro. Nie mniej dla nas to gratka..

Wiza?

Naturalnie i to nie najtańsza. Ja (oficjalnie? nie) pracowałam na wizie turystycznej, bez umowy. Bardzo krótko o kosztach wizowych możecie poczytać TU. Jeśli planujecie dłuższy pobyt z umową o pracę, pracodawca powinien pomóc Wam uporać się z procedurą, ponieważ podstawowym dokumentem do aplikacji o taką właśnie wizę będzie oprócz dokumentu potwierdzającego posiadanie adresu zamieszkania, projekt umowy o pracę.

O warunkach dla wizy pracowniczej możecie poczytać na oficjalnej stronie MSZ.

Wolontariat

Cóż, wolontariat w Wietnamie nie działa super sprawnie. Na workaway znajdziemy co prawda garść ofert z większych miast (głównie Hanoi, Ho Chi Minh i może coś na wybrzeżu), ale nie jest powiedziane, że w ogóle ktoś na te profile zagląda. Będąc w Wietnamie ponad 2 miesiące wysłałam kilka zapytań, od tak, dla sprawdzenia. Cóż, minęło 6 miesięcy i nadal nie otrzymałam odpowiedzi. Kwestia szczęścia, próbować zawsze można! Wolontariat na piaszczystej plaży brzmi dobrze..

Jeśli chcecie szukać głębiej, możecie skorzystać z mniej popularnych stron takich jak te poniżej i wiele innych.

Więcej stron, na których znajdziecie oferty pracy dla przyjezdnych, łapcie.

Praca za granicą, szczególnie w krajach mniej rozwiniętych to nie tylko kraina mlekiem i miodem płynąca. Spotka nas wiele wyzwań i trudności, ale uśmiechy ludzi, dzieci i przeżycia pozostaną z nami na zawsze. Warto spróbować!

PEACE&LOVE&CZEKOLADA ❤