Znów poniosła mnie droga – Lauterbrunnen, Szwajcaria

Siedzimy w Lauterbrunnen, w jednym z najpiękniejszych Szwajcarskich miasteczek ukrytych pomiędzy imponującymi szczytami Alp. Ze ścian górskich z gracją wylewają się kilkudziesto metrowe wodospady, a my nie wierzymy własnym oczom. Odkryliśmy raj na ziemi. A jak to się stało? Cóż… tu zaczyna się ciąg niewiarygodnie pokręconych przejazdów autostopem.

Stało się już tradycją, że swoich towarzyszy podróży poznaję po wyruszeniu w trasę. Zgodnie z tym znalazłam po drodze Tomka i w dniu poprzednim kontynuowaliśmy naszą podróż z Zagrzebia. W kierunku Słowenii zabrała nas młoda, wyluzowana para podróżników (on niemiec, ona RPA). Podróż przebiegała w świetnej atmosferze i nim się obejrzeliśmy, bukowaliśmy wspólnie hostel w pięknej Ljubljanie i wraz z nowo poznanym Australijczykiem wyruszyliśmy na „tradycyjne słoweńskie piwo” lub cztery. Następnego ranka odwiedziliśmy wspaniały rynek Ljubljany w znacznie lepszych warunkach pogodowych, obejrzeliśmy wspaniałe, otaczające miasto wzgórza z murów zamku i po wszystkim niemiecko-afrykańska wesoła para podwiozła nas na autostradę w kierunku…. No właśnie.

Zjechaliśmy w kierunku zupełnie przeciwnym do planowanego, a stacja paliw jak na złość nie ukazywała się przez kolejne 2, 5, 10 km. Cóż nam pozostaje, wysiadamy na pierwszym parkingu i co by nie oddalać się bardziej, przemyślimy sprawę. Wyjścia mieliśmy dwa, albo przebiegamy autostradę ryzykując życiem i mandatem, albo przemycamy się autostradą w stronę najbliższego mostka, przeskakujemy przez siatkę i udajemy się na drugą stronę (nie muszę wspominać, że oba wyjścia były nielegalne i surowo karane).

Przerzucając plecaki na mostek zauważyliśmy słusznej postury poważnego Pana mundurowego, który już czekał na nas z notesem. Cała sytuacja wróżyła drogi przypał, jednak po poważnej rozmowie i okazaniu skruchy, Pan spisał nasze nazwiska po czym.. zawiózł nas 15 km dalej na „słuszny spot autostopowy” i życzył powodzenia. Jakiegoż wysiłku wymagało od nas utrzymanie skruszonych min podczas podróży.. powinniśmy organizować zawody. Gdy tylko samochód odjechał, wybuchnęliśmy niekontrolowanych śmiechem, pozbieraliśmy się po 15 minutach i szybko złapaliśmy kolejnego stopa do Wenecji. Wspomniałam już, że w zasadzie to wozimy się głównie odpicowanymi mercedesami? No, nie narzekamy!

Z okolic Wenecji tuż przed zmierzchem zabrało nas wyluzowane małżeństwo w średnim wieku, nasz kierunek to Milan. Jednak po krótkiej rozmowie okazało się, że.. „mąż jedzie do Mediolanu ale jutro rano o 6 może was zabrać do Szwajcarii. Odstawimy was na kemping obok domu i wrócimy rano, pasuje?” Eeee.. no, jasne! Punktualnie stawiliśmy się w umówionym miejscu i ledwo żywi, po czterech godzinach snu dotarliśmy do granicy ze Szwajcarią. Migowo pan mąż zakomunikował nam, że granicę musimy przejść już pieszo, problemy z dokumentami i imigrantami a on się spieszy. Nie wiemy, nie rozumiemy, ale ok, ciao!

SONY DSC

SONY DSC

„I work with kurwas”

Z granicy szwajcarskiej szybko zabrał nas dwudziestocztero letni żołnierz i zostawił na kolejnej stacji benzynowej. Stamtąd po średnio-długim oczekiwaniu przejął nas szwajcar pochodzenia bośniackiego. Gdzie jedziemy, co robimy, rozmowa się klei. W końcu pytam: a czym Ty się zajmujesz? „I work with kurwas”. Nasze miny… możecie sobie wyobrazić, ja też, choć nie widziałam swojej. „Wszystko legalnie, dobry biznes ale ciężka praca. Głównie przyjeżdżają Rumunki. Daję im pozwolenie na pracę, podpisuję papiery. Zależy, jak widzę, że dziewczyna jest dobra i zarobi dla mnie porządne pieniądze to dostaje papiery na rok. Blow job kosztuje tyle, anal tyle, a są też ekskluzywne studentki, wtedy jest drożej. Ciężka praca, trzeba dużo myśleć, wszystko zaplanować, zatrudnić dziewczyny, kupić alkohol do baru, papiery, dokumenty… trzeba mieć dużą odporność na stres. Najpierw byłem piekarzem, potem uczyłem się budowy, a teraz wujek zaproponował mi tę pracę, 3 lata i jestem ustawiony. Nawet do 20 tysięcy franków na miesiąc, nieźle”.

Uśmiech nie schodził mu z twarzy, nam tym bardziej. Zaszokowanie z rozbawieniem mieszały się przygotowując do wybuchu niedowierzania tuż po zamknięciu drzwi. Przyjazny alfons zostawił nas na Szwajcarskiej autostradzie prowadzącej w stronę Zurychu i pomachał na powitanie, ujawniając tatuaż-kwiatka wdzięczący się z nadgarstka. Co za gość.

Kierunek – Bern. Czy aby na pewno?

I tu zaczyna się wisienka na torcie, ukoronowanie naszego dnia. Zmarznięci czekamy coraz dłużej na stacji benzynowej, temperatura tylko spada. Nawet na siku za 1 euro i kawę za 3 franki nas nie stać. To znaczy stać, ale bez przesady.. Po dwóch godzinach zatrzymuje się nasz wybawca na Szwajcarskich blachach – tak! Jedzie w stronę Bern, w końcu! Wsiadamy i przygoda się zaczyna na dobre.

Gay bardzo słabo mówi po angielsku, pochodzi z Włoskiej części Szwajcarii ale mieszka we Włoszech. W Bern pracuje i ma małe mieszkanko ale „Szwajcaria taka stresująca, Italia lepiej, kolorowa, kocham Cię Italio!” Jest niesamowicie pogodny i gadatliwy, a gdy zdesperowany nie może wysłowić się po angielsku, zaczyna nawijać do nas po francusku lub włosku i wszyscy umieramy ze śmiechu. To gdzie chcecie jechać? W stronę Bern, ok, no problemo!

Część bardziej skomplikowanej konwersacji o pracy, życiu, planach i naszej trasie odbywamy na gogle translatorze, idzie zaskakująco sprawnie, a wszystko przy akompaniamencie hitów Rihanny. Nieoczekiwanie (dla nas) orientujemy się po dłuższej chwili, że w zasadzie zjazd, który mielismy z Tomkiem na myśli jest już dawno za nami i zaczynamy całkiem solidnie oddalać się od naszego celu, wioski Lauterbrunnen w kierunku Zurichu.

Wytężam więc język migowy, upraszczam znacząco mój angielski i translator idzie w ruch. Nasz kierowca bardzo się przejął, przez kolejne 10 km próbowaliśmy dojść do porozumienia, odradzał nam jechanie do Lauterbrunnen po zmroku gdyż prawdopodobnie nie złapiemy okazji do wieczora. Po drodze zgodziliśmy się już na nocleg w Bern i kilka innych opcji. Ostatecznie rozmowy i zabawa trwały w najlepsze, nasz Szwajcar upatrzył sobie mnie jako przyszłą żonę więc zyskaliśmy niezłe przywileje. Tak zaciekawiło go nasze zaparte dążenie do wioski, że.. postanowił nadrobić 200 km i zawieść nas do Lauterbrunnen. „Katastrofe! Cold, mountains, tent! Lauterbrunnen, katastrofe!” I znów wszyscy raz po razie umieramy ze śmiechu.

„Sigura, Monika? (jesteś pewna że zostajesz?)”My apartment, no problemo if you don’t like the village”. Zaproszenia na pizzę I paste były bardzo obiecujące, ale zdecydowaliśmy się zostać w dolinie. Zatrzymaliśmy się na parkingu, po kilku godzinach krążenia po połowie Szwajcarii nasz genialny kierowca dowiózł nas do celu. Na koniec dostałam czekoladki, zaproszenie na wycieczkę motocyklową za 14 dni, potem obietnicę wizyty w Peru i wspólną wycieczkę do Australii. Oczywiście ja uczę się włoskiego, on angielskiego i jesteśmy ustawieni na najbliższą przyszłość.

Robiło się zimno, ostatnie upewnienia „sigura Monika?” Chcesz moją kurtkę? Nie, ok, szaleni! Wysłał nam dziesięć buziaków, wymieniliśmy numery i odjechał.

Nie muszę wspominać, że z Tomkiem przez 15 minut tarzaliśmy się ze śmiechu zwracając uwagę wszystkich turystów i lokalsów w promieniu 30 metrów. Wspomnieliśmy szybko wszystkie szalone podwózki, które doprowadziły nas ostatecznie do najpiękniejszego miejsca w Szwajcarii środkowej, Lauterbrunnen, zostawiliśmy plecaki w pobliskiej restauracji i wyruszyliśmy na odkrywanie ukrytego raju.

Nawet nie zarejestrowałam, że po 10 minutach zapytałam mojego towarzysza podróży „czy on nam powiedział, że the bus is za darmo?” Chyba musimy zdecydować się na komunikowanie w jednym języku..

LAUTERBRUNNEN

Miasteczko leżące w Szwajcarskiej dolinie Lauterbrunnental przecina lodowata rzeka Weisse Lütschine, potęgując przy tym i tak już niesamowity, górski klimat. Topniejący w górnych partiach doliny lodowiec powoduje, że rzeka jest krystalicznie czysta i piekielnie zimna.

Kolorowe, ozdobione donicami domki z różnorodnymi okiennicami, zielone połacie traw i wysokie drzewa otaczają szczyty Alp Berneńskich, a nad naszymi głowami szybują paralotniarze potęgując wrażenie nierealności rajskiej doliny, w której się znaleźliśmy.

Lauterbrunnen nazywane jest doliną siedemdziesięciu dwóch wodospadów, z których jeden prześciga drugi wysokością i rozmachem. Jest bramą do jednej z najbardziej imponujących dolin w Szwajcarii, a otaczające dolinę skalne klify mają nawet do kilkuset metrów wysokości. Goethe był tak zainspirowany widokiem 297 metrowego wodospadu Staubbach, będącego częścią doliny, że stworzył swój sławny utwór Song of the Spirits of Water.

Cóż… my może nie stworzyliśmy z wrażenia żadnego arcydzieła (jeszcze, tylko czekajcie) za to spędziliśmy w miasteczku niezapomniany dzień i noc, z pewnością jest do czego wracać..

SONY DSCSONY DSCSONY DSC

Love

Monika

Reklamy

Długa droga do raju, czyli wolontariat w Albanii

Gjipe

Zasypiać i budzić się z takim widokiem? Całkiem nieźle, tak właśnie wyglądał mój wolontariat w Albanii.

Serwuję ciepławą wodę kolejnej przemiłej parze (lodówka nie daje rady przy 35 stopniach), znów pada pytanie „Co tu robisz? Jesteś z Polski, aha, wolontariat, aha, dlaczego akurat tutaj?”

Cóż, odpowiedź jest prosta – loteria, przypadek, chybił-trafił, jak zwał tak zwał. Australia dała mi bolesnego kopniaka w postaci niechcianego maila z przytłaczająco jasnym tytułem „NIE ZAKWALIFIKOWANO”. Długo wyczekiwana decyzja o wizie work and holiday, o którą starałam się przez ostatnie kilka miesięcy była nie pocieszająca, trzeba było więc znaleźć alternatywę.

Często powtarzam sobie i innym „nie ma oczekiwań, nie ma zawodu”. Niestety moje marzenie o pracy w Australii pielęgnowane przez tak długo ucięte jednym mailem poskutkowało przez chwilę stanem około depresyjnym.

Trzeba było zadać sobie w tym momencie kilka kluczowych pytań. Pierwsze z nich – retoryczne – czy zostaję w Polsce? Nie, jasne, że nie. Więc gdzie chcę jechać? Ciepło czy zimno? Ciepło. Kraje angielskojęzyczne czy nie? Lepiej angielsko, Azja trochę zmęczyła mnie pod względem komunikacji (a raczej nie-komunikacji) werbalnej i wizja kolejnych totalnie niezrozumiałych języków brzmiała średnio ciekawie. Góry czy morze? Lepiej morze ale nie upieram się. I tak dalej…

Tydzień zadawania sobie podobnych pytań skutkował tylko większym zakłopotaniem. Zdawało się, że stresujące oczekiwanie na Australijską wizę zostanie w jednym dniu zakończone falą radości lub smutku ale mail z ambasady był tylko początkiem, z każdym dniem zawód był coraz większy – nic bowiem nie wydawało się wystarczająco dobre. Do rzeczy.

Skoro nic nie jest wystarczająco dobre, przybrałam taktykę wybrania kierunków, które będą okej. Padło na formę wolontariatu, gdzie znów niezawodny okazał się portal „workaway.info”. Niestety (o ile nie jest to Australia) procent odpowiedzi na wysłane zapytania jest bardzo niski, szacuję go na jakieś 20%, by uzyskać względnie satysfakcjonującą odpowiedź lub kilka, trzeba wysłać odpowiednio dużo zapytań do różnych hostów. Poszło do Portugalii, Hiszpanii, na Maltę i do Albanii. (update: całkiem nieźle odpisują w Albanii, Bośni i Serbii)

W ostatnim tygodniu pracy w Warszawie dostaję odpowiedź i mimochodem komunikuję ją dziewczynom w pracy „o, odpisali z Albanii, to chyba już wiadomo gdzie jadę”. I w tym momencie los znów postanawia przejąć stery pod postacią odpowiedzi „mój znajomy właśnie jedzie do Albanii i ma jedno wolne miejsce”. Jakkolwiek nie prawdopodobnie brzmiało to w pierwszej chwili po kilku dniach pakowałam swój plecak na tył poczciwego, białego vana.

Planowane 4 dni drogi przedłużyły się do bagatela 8,5. Silnik przegrzany w małej wiosce w Chorwacji, 2 dni oczekiwania na mechanika. Kolejny dzień spędzony tylko na wjeździe, po środku i wyjeździe z Czarnogóry. 4,5 h korka do pierwszej granicy, 2 h czekania na koniec festynu w środku miasta i ponowne otwarcie drogi i równie koszmarny wyjazd z kraju. Oh Montenegro… na drugi raz prędzej nadrobię 200 km niż wpakuję się na twoją jedyną chyba w kraju, zatłoczoną drogę.

Później Sarajewo. Już niby wszystko pięknie, już podjeżdżamy pod hostel, którego… w rzeczywistości nie ma. Pewnie chcieli nas sprzedać na organy, więc może i lepiej. W tym miejscu nie polecam pakowania się na ostatnią chwilę do randomowego hostelu w Sarajewie, prawdopodobnie podniosą cenę w ostatniej chwili, gadając między sobą i sądząc, że nie rozumiecie ani słowa. UPS, Polski język taki podobny.

Sukcesem okazał się dopiero trzeci zabukowany on-line hostel. Poprzedni również wyglądał podejrzanie no i nikt nie odbierał telefonu. Warto jednak było czekać, nasz host dał z siebie wszystko, miejsce było piękne i czyste. Rano dostaliśmy świetnie zaparzoną kawę, kilka wskazówek no i okazało się, że… byliśmy pierwszymi gośćmi. Tą miłą wizytą prawdopodobnie zachęciliśmy go do kontynuowania biznesu, fajnie. Fajnie było w końcu wykąpać się pod prysznicem (nie żebym miała coś do tych dotychczasowych jezior i pryszniców z butelki wody, ale… wiecie)

Albania, w końcu

Po wyczerpującej drodze, bez klimatyzacji, z drzwiami otwartymi na patencie przez 2000 km nasze stopy, a raczej koła, stanęły na Albańskiej ziemi. Spragnieni morza skierowaliśmy się pierwszą możliwą drogą w stronę wybrzeża, i oto „główną” (szutrową i dziurawą) drogą dojechaliśmy w rejon Velipoja, do długiej, szerokiej, opuszczonej i brudnej Albańskiej plaży.

Oprócz mnóstwa śmieci było błogo, cicho i przyjaźnie. Przyjemną drzemkę przerwało nam chrumkanie wesoło przebiegających obok prosiaczków, zaraz potem uwagę przykuł dzwonnej samotnie podgryzającej drzewo obok krowy. Fajna była, nie taka nafaszerowana, tylko smukła, ruchliwa i chyba szczęśliwa. Obszczekał nas też dziki piesek po czym poszedł sobie gdzieś.

Od początku Albania zaskoczyła nas przyjaznym podejściem mieszkańców. Na tej zapomnianej przez ludzi plaży momentalnie udało nam się zakopać w piachu ale już po 2 minutach dosłownie otoczyli nas tamtejsi rybacy proponując pomoc, łopaty i wskazując na traktor. Odziwo nawet jeden z nich mówił po angielsku i bez naszej specjalnej prośby zorganizował całą akcję ratunkową. Jeden tamtejszy wskazywał drogę i kąt wyjazdu, kolejni już stali przy samochodzie gotowi do pchania. Wszystko przebiegło tak zaskakująco sprawnie, że kontemplowaliśmy nad tym aktem pomocy przynajmniej przez 2 h.

Wracając zahaczyliśmy o małą restaurację, która również okazała się być strzałem w dziesiątkę. Kelner starał się jak mógł, zaparzył nam świetną kawę, poczęstował tamtejszym przysmakiem przypominającym pieczony chleb z serem białym, na deser przyniósł nam do spróbowania zerwane z pobliskich drzew świeże, piękne i przepyszne zielono-fioletowe figi. Zdziwiony ponad 20% napiwkiem pożegnał nas z uśmiechem a nasze morale podskoczyły na dalszą drogę.

Czekało nas już tylko 300 km drogi do miejsca docelowego – plaży Gjipe, na której to miał odbywać się mój wolontariat.

Nękana różnymi symptomami długiej drogi i zmęczenia dotarłam na plażę. Skwar oblał mnie po raz kolejny ale podekscytowana popędziłam szukać właściciela (imię sugerowało, że będzie to kobieta więc czekało mnie małe zaskoczenie, szczegół). Powitał (a raczej nie powitał) mnie opalony, szczupły facet w średnim wieku pytając bardzo leniwym głosem oraz twarzą bez wyrazu „czy możemy porozmawiać później? Teraz jest za gorąco”. Co miałam zrobić, zdezorientowana przytaknęłam i byczyłam się na plaży do końca dnia.

To co ja właściwie mam tu robić?

Nie przypominam sobie, by przez cały czas ktoś wydał mi jasne i nie budzące wątpliwości polecenie. Przysięgam, cały ten wolontariat to był zbiór wyluzowanych i, co kluczowe, nieustannie zjaranych ludzi z całego świata. Jarały ze sobą na śniadanie, obiad i kolację Argentyna, USA, Meksyk, Albania, Niemcy i tak dalej. Jakiekolwiek pytania o konkrety były absolutnie zbędne i zawsze kończyły się leniwym podsumowaniem „wyluuuuzuuuujjj”.

Po kilku dniach zebrałam się na optymizm i stwierdziłam, a co mi tam, też będę miała wobec tego swój własny świat i wyluzuję, jak sugerują. Wyszło mi na dobre. (Przysięgam, obrażalscy ludzie na własnych rękach wspięli by się w górę kanionu już pierwszego dnia. Na poranne pytanie „co chcesz żebym dziś robiła?” szef odpowiedział krótkie, poważne „tańcz.” Już go uwielbiam). Serwowanie piwek w barze, oprowadzanie gości po campingu, gotowanie i co najważniejsze – totalny luz. Mój namiot przez większość czasu stał pusty, gdyż spanie na bajecznym brzegu było dużo ciekawszą opcją. Co za poranki..!

„O której wstajemy?” To było moje pierwsze pytanie. „Jak słońce dotknie namiotu, to nasz naturalny budzik.” I tak też było.

Mariglen, właściciel, okazał się przyjaznym, po prostu wiecznie zjaranym człowiekiem z fajnym (acz często wprawiającym w zakłopotanie) poczuciem humoru. Opiekował się tym rajem na ziemi przez kilka miesięcy w roku, gdy koryta nie zalewała rzeka. W zimie plaża zamieniała się w ujście rzeki Gjipe do morza.

Gjipe beach (48)

Podsumowanie

Oh Gjipe beach, albania w słodko-gorzkim wydaniu. 2 tygodnie wydały mi się wiecznością.

Słodycz zapewnia bajeczne wybrzeże, krystalicznie czysta, lazurowa woda otacza Cię radośnie gdziekolwiek popłyniesz. Ukryte w skałach jaskinie raz puste, z przypływem gwałtownie wypełniają się wdzierającymi się do nich falami. Słodkie słońce, słodki wschód na plaży i słodki zachód o palecie czerwieni jakiej wcześniej nie spotkałam. Świecący plankton otaczający ciało niczym magiczny pył, gdy szliśmy pływać przy blasku gwiazd.

Za dnia miejsce zmienia się w nieco turystyczny zakątek, główne zasłyszane tematy to wakacje, piwko, piwko, siatkówka, ręcznik woda i znów piwko. Nic specjalnego, nie moje klimaty. Albańska grupa chłopaków znów przegrywa w siatkówkę bo.. ciągle się kłócą. Piłka leci, a oni się kłócą. Kończą gdy piłka ląduje na ziemi, zabawne.

Albańscy mężczyźni są ciężcy do rozgryzienia. Nie tracą czasu na wymianę uprzejmości: podaj piwo, chcę wodę, dwie kawy już, co na obiad, czemu nie ma jajek, tylko warzywa? I tak w kółko. Na pierwszy rzut oka trudno oprzeć się wrażeniu, że są po prostu nie przyjemni dla siebie i ludzi wokół. Z zewnątrz wygląda właściwie jakby ciągle się o coś spierali. Wynika to z mimiki i tonu głosu, niskiego i jakby gniewnego. Ale przy bliższym poznaniu szybko okazuje się, że to wspaniali ludzie, którzy wyjątkowo nie mogą sobie poradzić z okazaniem uprzejmości gdy pojawia się bariera językowa.

Ogniska nocą przywracają magię miejscu, bar zamykamy w środku nocy, zapach zioła nie przestaje się unosić, gitarę przejmują kolejno Argentynczyk, Polak, Włoch i tak żegnamy kolejny, ostatni dzień mojego pobytu. Co dalej – nie wiem. Pozdrowienia z raju.

Love , Monika

Jak zdobyć pracę w Wietnamie

Słowem wstępu, jeśli chcecie pracować w Wietnamie, żyć na dobrym poziomie i znacie język angielski, bukujcie bilety już dziś. Wietnamskie szkoły stawiają ogromny nacisk na praktykę języka, zlecają nawet swoim uczniom i studentom zajęcia pozalekcyjne, czyli krótko mówiąc idźcie i zaczepiajcie przyjezdnych! Serio.

Z archiwum: Gdy dosiadł się kolejny młodzieniec, z szerokim uśmiechem i standardowym już „can I talk to you in English?” dotarło do mnie, że właśnie na własnej skórze doświadczam nowej polityki Wietnamu ukierunkowanej na szerzenie języka angielskiego jako powszechnie używanego wśród obywateli. (tutaj przeczytasz resztę wpisu o Hanoi)

Ogłaszam wszem i wobec

„Angielski nie musi być Twoim językiem ojczystym. Musisz po prostu mówić. Jakkolwiek. Może być z błędami. Certyfikat językowy zwiększa Twoje szanse na zdobycie pracy, ale nie jest obowiązkowy. Dodatkowym plusem (czytaj decydującym aspektem) będzie, jeśli jesteś biały.”

To nie przesada, tak mogłoby brzmieć ogłoszenie o pracy nauczyciela j. angielskiego np. w Sajgonie. Dowód? Mój angielski jest na poziomie dobrym (ok, może bardzo dobrym) po prostu umiem komunikować się bez większych problemów, ale oczywiście, że popełniam błędy i absolutnie nie znam wszystkich słówek. Co to znaczy adumbrate, pertinacious, legerdemain? Nie mam pojęcia, zaraz sprawdzę.

Jednak znalezienie pracy jako nauczycielka angielskiego zajęło mi mniej niż 3 dni. W między czasie poznałam sympatyczną dziewczynę z RPA, która władała piękną angielszczyzną (ah, mów, mów do mnie jeszcze dziewczyno!), dodatkowo był to jej język ojczysty.

   – Monika, nie znalazłaś już pracę?

   – Tak, a Ty nie?

   – Jak to możliwe, że, bez obrazy, mówię lepiej i szukam dłużej od Ciebie? Nie sprawiedliwe.. – No nie.

Odrzucili ją kilkukrotnie. Była ciemnoskóra. Nigdy nie czułam się specjalnie uprzywilejowana ze względu na kolor mojej skóry i brak skośnych oczu, aż do wizyty w Azji.

Jak znalazłam pracę?

Jeszcze przed przyjazdem z Tajlandii, dołączyłam do kilku grup na facebook typu „Hanoi expats” „Saigon expats” „Ho Chi Minh jobs” i tak dalej. W stosownej sekcji umieściłam krótką informację o sobie i preferowane zajęcie. Właściwie to nie miałam wielkich wymagań, napisałam, że mogę uczyć angielskiego i opiekować się dziećmi.

W ciągu dwóch dni odezwało się do mnie kilka osób i ostatecznie przeprowadziłam rozmowy z dwoma rodzinami. Cztery dni później pierwszy raz zobaczyłam moją nową host-mamę i pracodawczynię na skype, pięć dni później wszystko było dogadane. Mogłam lecieć! (o początkach i formalnościach związanych z przyjazdem do Wietnamu możecie poczytać TU, O TU)

O szukaniu mieszkania w Wietnamie popełnię osobny wpis, ja zamieszkałam najpierw z Wietnamską rodziną, a później z nowym part-time chłopakiem (nie spodziewajcie się po mnie standardowych wyborów hue hue).

Praca dla szkół

Najbardziej popularną opcją jest praca dla szkoły podstawowej. Szanse istotnie zwiększa tutaj potwierdzenie znajomości języka angielskiego egzaminem np. TEFL (Teaching English as a Foreign Language) Nie mylić z TOEFL (Test of English as a Foreign Language – który potwierdza waszą znajomość języka, ale nie umiejętności przekazywania go innym). Oczywiście wszystko zależy od umowy i wymagań potencjalnego pracodawcy.

O egzaminach z j. angielskiego i różnicach pomiędzy nimi poczytacie TU.

Umowa ze szkołą może gwarantować nam zakwaterowanie, a w niektórych przypadkach nawet dojazdy do szkoły – jeśli jest to częścią kontraktu. Im naprawdę zależy na nauczycielach angielskiego.

Prywatne lekcje

To też nie jest rzadkością. Ci starsi, ambitni Wietnamczycy chętnie (ale nie jakoś na potęgę) szukają prywatnych nauczycieli do pomocy w pisaniu dokumentów do pracy, szlifowaniu wymowy, rozwijaniu słownictwa czy tłumaczeniu. Głównie jednak po to, by ćwiczyć płynność i śmiałość mówienia. A to wcale nie jest takie proste, ponieważ wietnamski to język 6-tonowy z bardzo dziwnymi dla Europejczyków dźwiękami i niektóre angielskie słowa w wersji azjatyckiej brzmią…mistycznie. A ichniejsza konstrukcja zdań przełożona na angielski…. przysięgam, sama bym tego nie wymyśliła!

Na znalezienie ucznia polecam głównie grupy facebookowe oraz couchsurfing (najlepiej wybrać się na organizowane spotkania i po prostu porobić znajomości). Poczta pantoflowa jest nie-za-wod-na.

Zarobki

O zarobkach nie będę się specjalnie rozpisywać, ponieważ wszystko zależy od pracy, warunków i pozostałych okoliczności jakie wybierzecie. Jednak ogólny zarys brzmi obiecująco. Nauczyciel angielskiego z certyfikatem zarabia średnio 25 USD/godzinę. Nauczyciel nie posiadający certyfikatu około 15-18USD/godzinę. Tak, jesteśmy biali i umiemy angielski – jesteśmy bardzo uprzywilejowani.

„Pracuję jako menadżer w przedszkolu, daję z siebie wszystko” powiedziała moja Cô Hue, przyszywana Wietnamska mama. „I tak zarabiam mniej niż Ty ucząc tu angielskiego, takie życie”. Było mi przykro. Nie mniej dla nas to gratka..

Wiza?

Naturalnie i to nie najtańsza. Ja (oficjalnie? nie) pracowałam na wizie turystycznej, bez umowy. Bardzo krótko o kosztach wizowych możecie poczytać TU. Jeśli planujecie dłuższy pobyt z umową o pracę, pracodawca powinien pomóc Wam uporać się z procedurą, ponieważ podstawowym dokumentem do aplikacji o taką właśnie wizę będzie oprócz dokumentu potwierdzającego posiadanie adresu zamieszkania, projekt umowy o pracę.

O warunkach dla wizy pracowniczej możecie poczytać na oficjalnej stronie MSZ.

Wolontariat

Cóż, wolontariat w Wietnamie nie działa super sprawnie. Na workaway znajdziemy co prawda garść ofert z większych miast (głównie Hanoi, Ho Chi Minh i może coś na wybrzeżu), ale nie jest powiedziane, że w ogóle ktoś na te profile zagląda. Będąc w Wietnamie ponad 2 miesiące wysłałam kilka zapytań, od tak, dla sprawdzenia. Cóż, minęło 6 miesięcy i nadal nie otrzymałam odpowiedzi. Kwestia szczęścia, próbować zawsze można! Wolontariat na piaszczystej plaży brzmi dobrze..

Jeśli chcecie szukać głębiej, możecie skorzystać z mniej popularnych stron takich jak te poniżej i wiele innych.

Więcej stron, na których znajdziecie oferty pracy dla przyjezdnych, łapcie.

Praca za granicą, szczególnie w krajach mniej rozwiniętych to nie tylko kraina mlekiem i miodem płynąca. Spotka nas wiele wyzwań i trudności, ale uśmiechy ludzi, dzieci i przeżycia pozostaną z nami na zawsze. Warto spróbować!

PEACE&LOVE&CZEKOLADA ❤

 

 

Gdy umiera król Tajlandii

Mieszkałam w Tajlandii kilka miesięcy i los ułożył karty tak, by uczynić mnie świadkiem Tajskiej żałoby. Ale od początku..

Bhumibol Adulyadej był najdłużej urzędującym królem na świecie. Po wjeździe do kraju, już na lotniskowym parkingu zaatakowały mnie (oprócz, oczywiście, kierowców tuk-tuków i taksówek) imponująco duże bilboardy przedstawiające młodego Króla Tajlandii: w zdobionych szatach, portretowe, siedzące i stojące, z żoną i bez, kipiały kolorami i dostojnością. Pierwszy, urzekająco-zadziwiający zwiastun nowej kultury. Przez kolejne miesiące portrety patrzyły na mnie niezmiennie przy drogach, nad drogami, w parkach, przy świątyniach, nie było ich głównie w lodówce. Choć na wielu ścianach jadłodajni – a i owszem.

Obrazki z obliczem Króla miały często swoje ołtarzyki przy ołtarzykach Buddhy. Tajowie kochali Króla jak ojca. Obecny był wszędzie, na kalendarzach, w domach i na ulicach ale przede wszystkim w sercach obywateli.

Wjeżdżając do Chiang Mai odnosiło się wrażenie, że na czele Państwa stoi szczupły, młody pełen sił trzydziestolatek i tak też wszyscy wyrażali się o monarsze, ponieważ lwia część obrazów przedstawiała taki wizerunek. Sytuacja wyglądała jednak całkowicie odmiennie, mianowicie od roku 2006 Król cierpiał na różne mniej lub bardziej poważne problemy zdrowotne, często lądując w szpitalu. W momencie mojego podziwiania plakatów miał nie 30 a 88 lat.

O Królu się nie mówiło głośno i każdy to wiedział. (Bardziej znani działacze polityczni za krytykę zostali niejednokrotnie skazani na wygnanie lub dotkliwe kary więzienia) Nie należało o niego pytać, rozmawiać o nim a w szczególności (oczywiście) krytykować go, ani na żywo ani on-line (facebook główną pułapką, jakże by inaczej). „Criticism of the king, queen, crown prince, regents, and their pets has long been strictly prohibited*” Tak tak, nie można krytykować również księcia oraz królewskich zwierząt.

Tak więc każda moja subtelna próba przemycenia informacji kończyła się podobnie, jak rozmowa z moim przesympatycznym turbo-fanem Michaela Jacksona.

„Widzę, że wszędzie macie wizerunek króla”

„Tak. Król jest wspaniałym władcą, kochamy go. Jest dla nas bardzo dobry. To co na obiad?”

Jak to „nie żyje” ?!

13 października 2016 o godzinie 15:52 (czasu Tajskiego) Król zmarł w szpitalu w Bangkoku i informacja zaczęła obiegać kraj. Gdy dowiedzieliśmy się o tym ze znajomymi, nawet nam ciężko było uwierzyć. Król Bhumibol Adulyadej o przydomkach „Jego Wspaniałość, Wielki Pan, Siła Ziemi, Nieporównywalna Moc, Syn Mahidola, Potomek Boga Wisznu, Wielki Król Syjamu, Jego Królewskość, Wspaniała Ochrona” panował przez 70 lat. Był czymś, co dla przynajmniej trzech pokoleń Tajów było faktem niezmienialnym, pewnością i źródłem spokoju.

Wkrótce po tym ogłoszono żałobę narodową. Wszyscy Tajowie chodzili ubrani na czarno. Kobiety i mężczyźni płakali. W ciągu kilku dni KAŻDY z setek obrazów na mieście przedstawiających wizerunek Króla przyozdobiony był biało czarną, pięknie (naprawdę imponująco) pofalowaną wstęgą z kokardą po prawej i lewej stronie lub na środku.

W ramach żałoby zostały odwołane wszystkie imprezy. Zakazano sprzedawać alkohol. Odwołano festiwale, full-moon party, zakazano nawet muzyki w barach i restauracjach!

Przy głównej bramie Thapae Gate w Chiang Mai została ustawiona wielka scena z księgą kondolencyjną oraz krzesłami (do kontemplacji?). Ludzie stali w kolejkach aby napisać kilka słów w swojej żałobie.

20161019_172735

Kilka dni po śmierci ukochanego ojca wszystkich Tajów, przy na placu Thapae Gate został zorganizowany wyjątkowy event. Mianowicie coś na kształt… tattoo convent. Tak!  Nie pomyliłam się. Tego wieczoru na przy murach starego miasta rozłożyło się 5 stanowisk tatuatorów, którzy pierwszym kilkuset osobom zapisanym wcześniej tego dnia na listę, mieli za darmo wytatuować symbol królewski – cyfra dziewięć (oznaczająca dziewiątego króla dynastii) – na znak pamięci i szacunku. Ludzie przybyli tłumnie! Była nawet opcja henny..

2

A co z cudzoziemcami?

Nikt z expatów nie obchodził rzecz jasna żałoby w tak dramatyczny sposób, jednak pojawiło się kilka pytań. W niedługim czasie po śmierci Króla miałam opuścić kraj by wyjechać do Laosu. Zaczęłam zastanawiać się, czy tak istotna zmiana władzy dotknie mnie i przyprawi o jakiekolwiek problemy związane z opuszczeniem kraju? Dlaczego, ano dlatego, że Tajlandia to kraj policyjny (popatrzcie jak to w białych rękawiczkach zapłaciłam „mandat”, czyli haracz dla policji) i po śmierci Króla wszystko mogło się wydarzyć.

Również dlatego, że następcą miał zostać znienawidzony przez wszystkich syn Bhumibol Adulyadeja, uzależniony od hazardu celebryta. Cóż, podsumować to można jednym zdaniem.. „Vajiralongkorn’s private life continues to be a controversial subject of discussion in Thailand, although not publicly.”(Wikipedia) czyli, krótko mówiąc, życie prywatne nowego Króla pozostaje szeroko dyskutowanym, kontrowersyjnym tematem ale… nie formalnie i nie publicznie 🙂

Ciekawa jestem czy ktoś z Was doświadczył już lub słyszał o zmianach, które mogłyby dotyczyć podróżników w związku ze zmianą władzy?

 

PEACE ❤

Dlaczego slalom motocyklowy w Warszawskim korku to czasem ryzykowny pomysł?

Tunel na trasie S8 o godzinie 19:30, coś jest nie tak, bo zwykle idzie jak po maśle ale nie tym razem. W oddali oczywiście pomarańczowe światełko informuje o wypadku, który to spowodował zator. Aha! Gęsto trochę ale od czego się ma ten zwinny motocykl.

W tym miejscu muszę zaznaczyć, przez 5 lat mojej regularnej przygody motocyklowej (polskie trasy i polskie korki) zauważyłam znaczący wzrost świadomości i kultury na drodze wobec nadjeżdżającego jednośladu. W korku coraz częściej kierowcy zwinnym ruchem przytulają się do krawężnika by umożliwić nam wygodny przejazd, zawsze staram się choćby skinąć głową – dziękuję chłopaki i dziewczyny! To bardzo ułatwia i poprawia komfort jazdy – również psychiczny. Jeśli możemy podzielić się drogą i rozsądnie współpracować, róbmy to.

Niestety, naturalnie, trafiają się też motocykliści bez wyobraźni. Korzystanie z wolnej przestrzeni jest moim zdaniem naszym przywilejem ale korzystać z niego należy umiejętnie i ostrożnie, bo to NIE dodatkowy pas.

Co tak prędko, panie?

Niektórym jednośladom przewraca się w głowie, co objawia się traktowaniem białej, przerywanej linii jako pasa startowego dla ich odrzutowych motocykli. Panowie (i Panie).. nie wszyscy patrzą w lusterka! Prywatne doświadczenie pokazuje mi, że zuchwale (czytaj – zbyt szybko) mknący ścigacz wymaga 1 sekundy nieuwagi i nieszczęście gotowe (cudem ominęłam ostatnio motocykl, który wyrósł spod ziemi).

Uwielbiam moją rudą pannę i „ciężka stopa” (a w motocyklu… ręka?) to moje drugie imię, ale koniec końców, zachowajmy rozsądek! W korku szczególnie obawiam się (częstych) sytuacji nagłej zmiany pasa więc wybieram umiarkowaną prędkość na przeciskanie się pomiędzy autami.

Podobno łączy nas wspólna pasja?

Zwykle tak i to jest piękne. Wielu motocyklistów na szczęście używa swoich cudownych mózgów przy przewidywaniu potencjalnych sytuacji zagrażających im oraz innym użytkownikom dróg. Są jednak i tacy, którzy ciężko i nieustannie pracują nad naszą alternatywną opinią „dawców organów”.

Przeciskając się grzecznie w porannym korku na Wisłostradzie coś miga mi w lusterku. Tak! To TEN pan w TYCH hawajskich spodniach na swojej Kawasaki Ninja przecina korek niczym pas startowy i napotyka na drodze mnie, która jakkolwiek kierując się wyobraźnią, rezygnuje między osobówkami z zasady „im szybciej tym lepiej”. Cierpliwości starcza mu na 10 sekund, tańczy i piekli się wdzięcznie wypełniając lukę za mną, to do prawej, to do lewej. (Gościu, jakbym Cię nie widziała i nie słyszała..) I gdy ‘subtelna’ metoda nie działa, Pan Hawajski robi hałaśliwy i agresywny pokaz głośności swojego motocykla, biedna manetka gazu, musi być na wykończeniu. Głuchy on? Czy to kask taki dobry, hmm.. (PS: Tak długo jak nie jesteśmy w dusznej i wilgotnej Tajlandii, nie zrozumiem hawajskich spodenek jako elementu bezpiecznego stroju na motocykl, sorry.)

Gdy tylko znajduję lukę ustępuję miejsca Panu obrażonemu, by mógł stosownie rozpędzić się do lotu.

Drodzy Kierowcy, nie mierzcie nas proszę jedną miarą!

A, korek o 19:30.

Więc dlaczego pomysł korzystania z luki między pasami musi się odbywać przy udziale rozumu. Mianowicie, nie wiedzieć dlaczego (w porównaniu choćby z wysoką kulturą jazdy w Berlinie) Warszawscy kierowcy samochodów również praktykują opcję „z prawej na lewą” bo aktualnie prawy pas szybciej się porusza. O! A teraz lewy, siup. O i prawy ale zapomniałem kierunkowskazu.

Dziś więc taniec drogowy w wykonaniu kierowców aut osobowych w korku zadziwił mnie wystarczająco do popełnienia tego wpisu. To prawie jak pieklenie się i wyprzedzanie jednego auta by ostatecznie zatrzymać się na tych samych światłach. Panowie i Panie, chill out! Zdążycie, gdziekolwiek jedziecie… 🙂

Jakie są wasze doświadczenia drogowe w Polsce i nie tylko?

LOVE ❤

 

 

 

 

Egzamin z angielskiego. Tak, ale który?

Mnie dopadło z powodów wizowych. Paskudna Australijska wiza work&holiday wymaga posiadania certyfikatu potwierdzającego znajomość języka na poziomie komunikatywnym. Paskudna, bo po wielu staraniach wciąż nie w moim posiadaniu 🙂 Ale o tym innym razem.

Egzamin z języka angielskiego może przydać się poszukiwaczom pracy w Polce i za granicą, często wymagany jest przy podejmowaniu zagranicznych studiów i pewnie kilka powodów pobocznych też się znajdzie. Problem w tym, że jest ich kilka. Postaram się wyjaśnić co i z czym się je.

Poniższe propozycje różnią się między innymi poziomem trudności oraz okresem obowiązywania i te dwa kryteria powinny być brane pod uwagę przy wyborze, uwzględniając indywidualną sytuację.

Skąd mam wiedzieć, który wybrać?

W zależności od tego, co dalej chcecie zrobić z egzaminem. Jeśli potrzebny jest wam na zagraniczną uczelnię, na jej stronie powinniście odnaleźć wymagane kwalifikacje a pomiędzy nimi, wymagane egzaminy. To samo dotyczy wizy, w większości pośród potrzebnych dokumentów wymienione są akceptowane egzaminy potwierdzające znajomość języka. Jeśli czegoś nie znajdujecie, może wiem, piszcie i pytajcie.

TOEFL czyli Test of English as a Foreign Language

Najbardziej popularny wśród testów sprawdzających znajomość angielskiego jako drugiego języka, akceptowany przez większość zagranicznych uczelni oraz przy wielu wizach. Test określa poziom znajomości języka w skali punktowej 0-120, nie na zasadzie zdany/nie zdany.

  • Forma: komputerowa (najbardziej popularna) lub papierowa
  • Zakres: czytanie, pisanie, słuchanie i mówienie
  • Czas trwania: wersja internetowa do 4,5 h, wersja papierowa do 2,5 h
  • Ważność wyników: 2 lata
  • Dostępność: bardzo duża, do 4 razy w miesiącu, w 165 krajach
  • Koszt: w zależności od kraju 600-900 PLN
  • Więcej info na oficjalnej stronie www.ets.org/toefl

IELTS czyli International English Language Testing System

Drugi, równie popularny na świecie test sprawdzający znajomość języka angielskiego. Głównie akceptowany przez większość instytucji akademickich w Wielkiej Brytanii, Australii, USA, Kanadzie oraz Nowej Zelandii oraz, mniej licznie, przez organizacje w innych krajach. Podobnie jak TOEFL testu nie można „nie zaliczyć”. Każdy ze zdających otrzymuje wynik w skali od „non-user” do „expert-user”, a jego dalszą przydatność określają progi punktowe instytucji do której papier jest nam potrzebny.

Zależnie od naszej potrzeby, możemy wybrać jedną z dwóch wersji, które delikatnie różnią się formą oraz materiałem.

  • Forma: papierowa + speaking (który może być wyznaczony na inny dzień)
  • Zakres: czytanie, pisanie, słuchanie i mówienie
  • Czas trwania: max 3h
  • Ważność wyników: 2 lata (instytucja przyjmująca w drodze wyjątku może zgodzić się na starsze wyniki po przedstawieniu dowodów, że wykonywaliśmy działania podtrzymujące nasz poziom – praca, studia po angielsku, itp)
  • Dostępność: do 4 razy w miesiącu, w 140 krajach
  • Koszt: 770 PLN
  • Więcej info na oficjalnej stronie www.ielts.org

Cambridge English: First (FCE)

Pierwszy i podstawowy z serii certyfikatów językowych Cambridge. Niektóre uniwersytety zagraniczne akceptują najwyższy (A) wynik testu FCE.

  • Forma: komputerowa lub internetowa
  • Poziom: B2
  • Zakres: czytanie, pisanie, mówienie i słuchanie
  • Czas trwania: 3,5h
  • Ważność wyników: A, B, C (zdane), D, E or U (oblane)
  • Dostępność: ponad 80 krajów
  • Koszt: ok 680 PLN
  • Więcej info na oficjalnej stronie www.cambridgeenglish.org

Cambridge English: Advanced (CAE)

Kolejny poziom egzaminu Cambridge akceptowany przez niektóre uniwersytety zagraniczne.

  • Forma: komputerowa lub internetowa
  • Poziom: C1
  • Zakres: czytanie, pisanie, mówienie i słuchanie
  • Czas trwania: 3,5h
  • Ważność wyników: A, B, C (zdane), D, E or U (oblane)
  • Otrzymasz Potwierdzenie Wyniku (niezależnie od ilości punktów) oraz Certyfikat, jeśli Twój wynik w skali CEFR zawrze się pomiędzy B2 a C2
  • Dostępność: ponad 60 krajów
  • Koszt: ok 650 PLN
  • Więcej info na oficjalnej stronie www.cambridgeenglish.org 

Cambridge English: Proficiency (CPE)

Najwyższy poziom serii egzaminów Cambridge, potwierdzający biegłą znajomość języka angielskiego wraz ze wszystkimi jego niuansami. Potwierdza umiejętność płynnej komunikacji w środowisku pracy i akademickim na najwyższym poziomie z „kompetentnymi rozmówcami”.

  • Forma: komputerowa lub internetowa
  • Poziom: C2
  • Zakres: czytanie, pisanie, mówienie i słuchanie
  • Czas trwania: 4h
  • Ważność wyników: A, B, C (zdane), D, E or U (oblane)
  • Koszt: około 650 PLN
  • Dostępność: ponad 80 krajów
  • Więcej info na oficjalnej stronie www.cambridgeenglish.org 

TOEIC czyli Test of English for International Communication

Test zaprojektowany by wydajnie mierzyć praktyczne umiejętności używania j. angielskiego w środowisku międzynarodowym czyli tzw. „everyday English skills”.

  • Forma: podział na dwie części; słuchanie+czytanie (max 990 pkt) oraz mówienie+pisanie (max 400 pkt)
  • Zakres: czytanie, pisanie, słuchanie i mówienie; sekcja speaking&writing została dodana dopiero w 2006, zdający otrzymuje osobny wynik z każdej sekcji toteż może podejść np. do samego mówienia
  • Czas trwania: Słuchanie&czytanie trwa 45+75 minut
  • Mówienie trwa 20 minut, czytanie zajmuje 60 min, każde z wynikiem 0-200
  • Ważność wyników: 2 lata
  • Dostępność: ponad 150 krajów, indywidualne terminy
  • Koszt: update Listening and Reading 400 zł + certyfikat 26 zł, Speaking and Writing 410 zł
  • Więcej info na oficjalnej stronie www.ets.org/toeic

TEFL czyli Teaching English as a foreign language

Często mylony z TOEFL, nie dobrze, ponieważ zakres tego egzaminu jest zupełnie inny i dużo bardziej złożony. TEFL umożliwia nauczanie języka angielskiego studentów… innojęzycznych, no. Nauczyciele posługujący się egzaminem TEFL mogą być native-speakerami, ale nie muszą.

Sposoby nauczania:

  • Czytanie literatury dziecięcej i młodzieżowej
  • Nauka face-to-face połączona z kształceniem on-line (poprzez tzw. wirtualne środowisko nauczania VLE)
  • On-line classroom – podążając za nowoczesnymi technologiami część z praktyk można odbyć w wirtualnej klasie ‚zatwierdzonej’ przez British Council czy Cambridge ESOL.

Wyniki: Przeciętnie akceptowany przez szkoły wynik kursu to ukończone minimum 100 godzin, jednak to zależy ściśle od zatrudniającej nas organizacji.

 

Ufff. Zatem życzę połamania długopisów i po więcej informacji zaglądajcie na www.examenglish.com.

LOVE ❤

Dobro i zło według nowoczesnych kanonów

Pan Krzysztof otworzył mi niedawno oczy prostą historią. Karcimy dzieci za bycie nie posłusznym. Co to w ogóle oznacza być posłusznym? Mianowicie nie sprzeciwiać się i wykonywać polecenia. Wychowuję Cię więc oczekuję, że będziesz grzeczny i będziesz wykonywał moje polecenia, tłumaczysz dziecku. Pewnego dnia obok Twojej pociechy zatrzymuje się samochód z przyciemnianymi szybami i miły pan w czerni każe wsiąść do samochodu, co Twoje dziecko pokornie robi. No co, pan kazał, przecież miało być posłuszne?

Okazuje się nagle, że coś co bez zawahania nazwalibyśmy jeszcze przed chwilą złym zachowaniem, jest złe tylko względnie, tylko z pewnego punktu widzenia. Gdyby dziecko sprzeciwiło się, być może uszłoby z życiem w takiej sytuacji. To „złe” zachowanie mogło w innych okolicznościach uchronić je od katastrofy.

To oczywiście jest przykład drastyczny, jednak jak najbardziej prawdopodobny. Co więc z resztą naszych zachowań, odczuć i emocji, czy naprawdę jesteśmy w stanie i powinniśmy klasyfikować je w kategoriach dobre/złe? Otóż moim zdaniem nie. Przykładowo gdy odczuwamy złość, oceniamy ją jako uczucie negatywne i niepotrzebne. Zakłóca nastrój, obniża energię, udziela się otoczeniu. Podobnie ze smutkiem. W dzisiejszym świecie przesyconym łatwo dostępnymi „pocieszaczami” nim zorientujemy się nawet co sprawiło, że właśnie się smucimy, już wcinamy czipsy, gramy w gry komputerowe, pijemy lampkę wina lub zapalamy papierosa, od tak, na rozluźnienie.

A szkoda. Nasze ciało zostało zaprojektowane w kompleksowy i doskonały sposób, reagując na wydarzające się wokół sytuacje odpowiednimi bodźcami. Porządnie odczuwane smutek i złość, rozgoryczenie czy zawód mogły by odpowiednio odczytane dać nam cały wachlarz informacji o naszym stanie duchowym, psychicznym i fizycznym, gdybyśmy tylko zechcieli słuchać. Ucinając i zagłuszając „przeszkadzające” i niewygodne emocje wyrzucamy na bruk naszego najlepszego doradcę, najlepszego przyjaciela i świetnego terapeutę zadowalając się byle czym.

Mądra osoba powiedziała mi, że jesteśmy jak niebo. Ono jest, trwa niewzruszenie, czy pada deszcz czy świeci słońce. Jak to niebo powinniśmy dać sobie odczuwać to, czego potrzebuje i pragnie nasze ciało w danej sytuacji. Odczuwając smutek bądźmy smutkiem, jak chmury czy deszcz – on również przeminie, a może być bodźcem do zmiany tego, co nas smuci. Przecież zwykle nie limitujemy swojej radości, tylko napawamy się nią gdy coś pozytywnego stanie na naszej drodze. Uczucie radości komunikuje wówczas, że sytuacja w której się znajdujemy jest sprzyjająca, wygodna, należałoby częściej się w niej znajdować, kultywować być może to, co ją powoduje. Dlaczego nie mielibyśmy wyciągać podobnych, drogocennych wniosków z sytuacji odwrotnych?

Dzieci wychowywane są słysząc wszechobecne można, nie można, powinieneś, nie powinieneś, szczególnie w dzisiejszych czasach, które szczególnie cenią posłuszne marionetki kroczące przez życie „prawidłową” drogą i wspierające system. Przecież będąc dzieckiem gdy płaczemy, płaczemy całym sobą, każda komórka naszego ciała zalewa się łzami i trzęsie ze smutku, a gdy przychodzi radość nasza buzia promienieje niewinnym, szerokim uśmiechem a oczy otwierają się w ekscytacji. Naturalnie nie ograniczamy swoich uczuć, bo każde z nich są dla nas cenną, nową lekcją, zupełnie nowym doświadczeniem. Po prostu dajemy ciału wyrażać to, co nam w duszy gra.

Dopiero później dajemy się wciągnąć w zgubne ściany ciasnego „wypada-niewypada”, zaczynamy się przejmować co ludzie pomyślą, manipulować sobą i innymi by uzyskać to, czego chcemy, coraz częściej nawet nie świadomie. Pozwalamy frustracji kumulować się w naszych biednych, coraz starszych komórkach by powodowała później rosnące rozgoryczenie, poczucie niespełnienia i zawodu. Nagle okazuje się, że nasze życie nie do końca wygląda tak jakbyśmy chcieli, albo co gorsza w efekcie wierzymy, że nie mamy na nie realnego wpływu. Cóż za nonsens!

Jak sprawny jest nasz nowoczesny system, by z tak dramatyczną skutecznością zabijać ludzką kreatywność i wiarę we własne możliwości! Gdy zdecydowałam się zmienić swoje życie o 180 stopni zaczęły zewsząd bombardować mnie ostrzeżenia, które podsumować można w trzech dziwacznych słowach „zejdź na ziemię”. Ci wszyscy ludzie, często moi bliscy przyjaciele i rodzina, w głębokiej trosce spoglądając na mnie jak na szaleńca doradzali, abym się nie wychylała, bo przecież nie na tym polega życie. Nie rozumieli jak mogę chcieć i mieć odwagę kroczyć zupełnie nową, niezrozumiałą dla nich ścieżką, a co gorsza – inną niż „wszyscy” – przecież to nie może się udać.

A jednak dziś, półtora roku później nadal czuję ten dziwny dreszczyk emocji, jak gdybym czytała doskonale sformułowaną umowę, która zawiera wszystkie sprzyjające mojemu rozwojowi warunki, a ja czytając nie dowierzam szukając końcowego haczyka, małego druczku lub gwiazdki. Ale niezmiennie okazuje się, że ich nie ma! I ponownie koło się zamyka zaskakując mnie ogromem wyborów które posiadam, wolnością w kreowaniu mojego własnego życia. Nikt nie może, albo inaczej. Mogą, ale nie powinni mieć skuteczności w dyktowaniu nam jak przeżyć nasze dni. Zgodnie z częścią religii mamy tylko jedno życie, tak? Z resztą, podobno złe wybory tworzą najlepsze wspomnienia więc warto zaryzykować 🙂

PIECE&LOVE&CHOCOLATE ❤