CZEGO SPRÓBOWAĆ W WIETNAMIE BY WRÓCIĆ ŻYWYM (REKLAMA „NA OBAMĘ”)

Minęło parę miesięcy odkąd wróciłam z Wietnamu, jednak dylematy żywieniowe pamiętam jak z wczoraj. Przez dwa miesiące uczestniczyłam tam w prawdziwie lokalnym życiu, smakowałam (lub mówiąc prawdę – nie smakowałam) lokalnych przysmaków mieszkając z Wietnamską rodzinką. Po kilku tygodniach jedyne co byłam w stanie przyjąć bez skrzywienia to ryż z sosem sojowym.

Nie zrażajcie się jednak, nie jest tak beznadziejnie jak mogłoby się wydawać. Wietnam oferuje bogaty wybór dań, ale głównie dla mięsożerców. Jeśli kogoś nie rusza widok całych upieczonych psów, kurczaków z dziobami i żywych ryb czekających na ubicie na środku chodnika, z pewnością znajdzie coś dla siebie. (o zwierzętach na wietnamskich ulicach pisałam TU)

Jeśli mówimy o kuchni Wietnamskiej, ujmując sprawę ogólnie, mówimy generalnie o ryżu podawanym w najróżniejszych formach. Gotowany, rozgotowany, w formie makaronu, w zupie, w kleiku i tak dalej. Kreatywność Azjatów w kwestii przetwarzania owego składnika ewoluowała przez lata i godna jest podziwu.

Zacznijmy więc od regionalnej potrawy wywodzącej się z Hanoi, stolicy kraju czyli..

Bun cha

Najlepszą Bun cpobranehę dostaniemy od lokalnych, ulicznych sprzedaw
ców za około 7 zł za porcję. Składa się na nią kilka kawałków solidnie grillowanej, tłustej wieprzowiny (cha), podanych z o wiele za dużą ilością makaronu ryżowego (cha) oraz jeszcze większą ilością ziół i sałat. Wszystko oddzielnie na talerzykach (lub w torebk
ach foliowych na wynos). Całość powinna ostatecznie wylądować w dołączonym do reszty słodko-pikantnym zupo-sosie, który zawiera marynowaną papaję, czosnek i chilli.

Bun chę rozsławił niechcący sam.. Barack Obama 🙂 Wstepując w pewien poniedziałkowy wieczór do ulicznej restauracji w Hanoi. „Obama zamówił obiad za 6$” ogłaszały gazety i twitterowe wpisy. 54-letnia właścicielka knajpki wiedziała, że zmierza do niej ekipa telewizyjna, nie miała jednak pojęcia, że wiozą jej gościa specjalnego. Ówczesny prezydent rozgościł się swobodnie na charakterystycznym dla Wietnamskich jadłodajni, mikroskopijnym, plastikowym krześle, zjadł górę tamtejszych przysmaków popijając miejscowym piwem i pożegnał gapiów pozdrowieniami i uśmiechem. Od tamtej pory nawet kanapkownie podchwyciły hasła reklamowe i stosują technikę „na Obamę”. A niech to!

Bun thit nuong

Kolejna wersja oparta na bardzo podobnych składnikach co Bun cha, jednak przypominająca bardziej spaghetti. Tylko na zimno. Mianowicie na bazie którą jest oczywiście makaron ryżowy, lądują zioła i sałaty oraz oczywiście uwielbiana, tłuściutka wieprzowina. Całość dopełniona marynowanymi warzywami i chilli. Dania są bardzo podobne, można je uznać za dwie wariacje tej samej potrawy, podawane zależnie od regionu.

Bánh cuốn

Grupa „bahn” obejmuje różnego rodzaju ciasto-podobne dania. Zwykle podawane są w formie miękkiej i bardzo delikatnej. Bahn cuon to zatem ryżowe, przygotowane na parze subtelne ciasto wypełnione mielonymi grzybami i wieprzowiną podane z surową lub smażoną szalotką.

Phở

Pho to jedna z niezliczonych makaronowych zup. Nazwa ta (oryginalnie odnosząca się do makaronu) stała się jednak synonimem wszelkich Wietnamskich zup podawanych z różnymi mięsnymi kawałkami zwykle kurczak lub wołowina) udekorowanych kiełkami fasoli, szczypiorkiem i ziołami. Do całości oczywiście zioła, a jak.

Bánh mì

Czy to makaron? Czy to zupa? Nie! To zwykła kanapka. Kiedyś tam (taki ze mnie historyk..) Wietnam znajdował się pod kontrolą Francji jako jedna z kolonii. Kolonialiści przywieźli ze sobą chrupiące bagietki, które na dobre rozgościły się w kraju by wpisać się na stałe w tamtejsze menu. Nawet przekupki oferują na ulicach góry białego chleba (czego z całą pewnością nie spotkamy już w krajach sąsiadujących). Bagietki podawane z zieleniną, wieprzowiną, z dodatkiem chilli i marynowanych warzyw to właśnie Bahn mi.

Banh Chung

O16142455_1334800536558114_1906408210771238659_n (2) bahn chung (nazywanym przez moją Wietnamską rodzinę chung-cake) pisałam już wcześniej przy okazji nowego roku (TUTAJ). Nawet miałam okazję lepić go własnoręcznie jako, że stanowi centralny punkt noworocznej uczty „TET” (wypadającej zgodnie z kalendarzem księżycowym oczywiście). Banh chung wykonywany jest z ryżu, zielonej fasoli mung i soczystego kawałka słoniny starannie ułożonych i zawiniętych w kilka bananowych liści. Całość związana nitkami z bambusa i gotowana nawet przez 6 godzin, by osiągnąć konsystencję rozgotowanej lecz zwartej galaretki. Warto spróbować, smak ma bardzo oryginalny. Niżej obraz tradycyjnego, wspólnego zawijania przysmaku.

Morning glory

Oryginalnie Rau Muong, nazywany tez wodnym lub chińskim szpinakiem. Smażony i podawany w zasadzie jako danie samo w sobie.

Wietnam zaoferuje Wam również sporą gamę różnego rodzaju słodyczy, pośród których dominować będą różnego rodzaju galaretki. Galaretki nadziewane, galaretki z galaretką, galaretki w słodkim mleku kokosowym lub cukrowej wodzie. Na tle reszty zdecydowanie wyróżniają się nasiona lotosa podawane z/w owocu lichee. Mniam! To polecam z czystym sumieniem.

I na koniec coś co zaskoczyło mnie najpierw samym faktem istnienia, by zaraz później zaskoczyć mnie swoim smakiem. Oczywiście pozytywnie! A mianowicie..

A phê trứn czyli kawa jajeczna

Dokładnie tak, kawa jajeczna. Syn założyciela najstarszej kawiarni serwującej ten przysmak twierdzi, że jego ojciec opracował recepturę gdy dostęp do mleka nie był powszechny i trzeba było szukać substytutów, w tym przypadku żółtko jajka. Trzeba przyznać, że wyjątkowo pomysłowy ten tata.

Kawa parzona jest w małej filiżance z filtrem tuż przed dodaniem do niej mikstury z żółtek i mleka kondensowanego (i zależnie od wariacji – innych składników). Filiżanka podawana jest w ciepłej wodzie dla utrzymania temperatury.

Całość wypić można w najstarszej restauracji w Hanoi, Giang Cafe. Długi korytarz prowadzi do niepozornego starego wnętrza, w którym starzec z długą brodą przyjmie niewygórowaną opłatę za kawę. Wesoły gwar i niedostatek wolnych, podniszczonych drewnianych krzesełek świadczy o popularności tego miejsca.

20140725113258-8-e1423838628882

A co z tymi nasionami słonecznika? Mianowicie stanowią one zaskakująco popularną, ulubioną przekąskę Wietnamczyków. Podawane są wszędzie, a lokalsi zajadają się nimi o każdej porze dnia, pozostawiając po sobie w miejscach publicznych góry łupinek po nasionkach. Wygląda to trochę tak, jakby znaleźli odpowiednik naszych rozmów „przy piwku” 🙂

Próbujcie więc wszystkiego i wracajcie żywi!

PEACE & LOVE & CZEKOLADA ❤

Praca nad charakterem – co wrzucić na warsztat jako pierwsze

Bazowym krokiem w samodoskonaleniu jest naturalnie wyrażenie chęci. Przyznanie się przed samym sobą, że zawsze można coś poprawić, że należy popracować nad pewnymi cechami aby stać się lepszym człowiekiem dla siebie i innych. Z tym małym-wielkim krokiem jesteśmy już w zasadzie w połowie drogi! Reszta pójdzie z górki. Zatem…

Nie próbuj uszczęśliwiać innych, póki sam się z czymś zmagasz

Brzmi samolubnie? Nie do końca. Dokładnie taka sama zasada obowiązuje w masażu tajskim, którego tradycja sięga ponad 2000 lat (czyli pewnie mają trochę racji). Mianowicie gdy masażysta ma niedostatecznie rozluźnione ciało, a ruchy są spięte i sztywne, nie dość, że masowany może odczuć to na swojej skórze to jeszcze wykonujący może zrobić sobie krzywdę. To samo tyczy się naszego wnętrza – najpierw należałoby uporać się z własnymi problemami i poszukać pomocy by następnie nieść ją innym.

Nie zamiataj problemów

Ale z nas czyścioszki z tym zamiataniem. Jednak mało który z nas jest magikiem, a dywan to nie szafa do Narnii, czyli mówiąc wprost – nic pod nim niestety nie zniknie. Należałoby więc zweryfikować raz jeszcze sens odsuwania problemów z naszego punktu widzenia jakoby tym samym przestawały istnieć. Posługując się moimi ulubionymi porównaniami odsyłam Was do anegdoty o pani (poczytaj TU), która trzymała w szafie trupa. Jak można się błyskawicznie domyślić, żaden dzień zwłoki nie działał na korzyść kobiety (zwłoki, hehe, łapiecie?)

Współodczuwaj

Eksperymenty pokazują, że oglądanie czyjegoś bólu aktywuje te obszary mózgu, które działają również gdy sami go doświadczamy. Czyli rzecz upraszczając – na widok kolegi obrywającego na boisku piłką w jego piłki, krzywimy się prawie tak samo jak gdybyśmy sami właśnie w nie oberwali. (nawet jeśli w chwili zdarzenia akurat jesteśmy dziewczyną).

Nasze mózgi mają więc naturalnie wykształconą zdolność do współodczuwania, a więc stawiania się w czyjejś sytuacji. Używanie tej umiejętności może pomóc nam zrozumieć zachowania otoczenia, zmniejszając tym samym gorycz spowodowaną niezrozumieniem postępowania innych, często bliskich nam osób. Rozwijając więc umiejętność współczucia stajemy się spokojniejsi, pełni miłości i akceptacji, a tym samym bardziej gotowi na niesienie pomocy innym. A jak już współczujemy to..

Nie oceniaj

Gdy rozwiniemy umiejętność stawiania się w sytuacji innej osoby, prawdopodobnie mniej skłonni będziemy by oceniać innych pochopnie na podstawie pozorów i stereotypów. Dla mnie największym bodźcem było zadane sobie pytanie – czy chciałabyś być oceniana? To był jeden z moich dużych lęków. Automatycznie i z wielką siłą odpowiedź „oczywiście, że nie!” spowodowała pracę nad nieocenianiem innych. A na to wymyśliłam fajne i proste ćwiczenie, które daje zadziwiająco szybkie efekty. Za każdym razem, gdy w Twojej głowie pójdzie automatyczny sygnał na drodze osoba-ocena (tutaj lepiej oddaje to angielskie słowo ‘judge’ które bliższe znaczeniem jest ‘osądzaniu’) postaraj się równie szybko zbić go alternatywnymi, ale prawdopodobnymi myślami. Głupia blondyna w kozaczkach – a może właśnie ukończyła magistra, burak w BMW – a może spieszy się do chorego dziecka i tak dalej. Pielęgnujemy w ten prosty sposób traktowanie innych ludzi tak jak… ludzi 🙂 Nie raz najsurowiej oceniani pokażą nam wówczas największe serce.

Tęp ignorancję

Ten punkt jest moim zdaniem bardzo ważny. Nie uważam siebie za osobę wywyższającą się, absolutnie, a mimo wszystko pierwsza wizyta w Tajlandii (zobacz: „co szepczą Tajskie góry”) dała mi solidną dawkę pokory. Gdy przyjechałam do tego pięknego kraju byłam dla jego mieszkańców „typowym turystą”. Ubrana lepiej, nosząca okulary przeciwsłoneczne (symbol luksusu) czyli jednym słowem chodzący szczęściarz, człowiek sukcesu i bankomat. Tajowie lubią przyjezdnych, na tym opiera się bowiem w dużym stopniu ich gospodarka – na turystyce. Do tego mają ten piękny gest podziękowania, powitania i pożegnania, czyli składanie rąk z lekkim ukłonem głowy. Jakże rozbuchał on moje poczucie lepszości po przyjeździe, no bo kto kłania mi się w Polsce?! Dziś nauczona lekcją bardzo tęsknię za tym gestem pokory, uprzejmości i wdzięczności.

Nie mamy bowiem żadnego nadanego prawa by czuć się lepszymi od innych ludzi, w żadnych okolicznościach. Bo jaka właściwie jest definicja ‘lepszości’? Przecież każde społeczeństwo, ba, każdy człowiek ma inną, własną, dyktowaną życiowym doświadczeniem i wychowaniem. Jeśli jednak rodzi się w nas to dziwne uczucie, spożytkujmy je by tą ‘lepszością’ dzielić się z innymi, zamiast ich ją przytłaczać.

Ćwicz cierpliwość

„Anielska cierpliwość wymaga diabelskiej siły” mawiają. Czas to pieniądz, a natychmiastowe przyjemności i sukces to domena dzisiejszych czasów. Najlepiej jeszcze, aby przychodziły bez specjalnego wysiłku i trudności. Ale czy to naturalne? Od wieków aby coś mieć lub zjeść, trzeba było się postarać, wykazać sprytem ale i cierpliwością.

Umiejętność czekania jest cechą dojrzałej osobowości, gdyż jako dzieci dopiero ją kształtujemy. W dorosłości możemy praktykować ją zaczynając od określenia życiowych priorytetów. Gdy wiemy co dla nas ważne i ile możemy na to poświęcić, może się okazać że oczekiwanie będzie równie miłym aspektem.

Tak więc gdy zauważysz u siebie pierwsze oznaki zniecierpliwienia, weź głęboki oddech, zatrzymaj się i spójrz na sytuację z pewnego dystansu. Aha, jeszcze ważne … „praktykujmy cierpliwość, ale nie ćwiczmy jej w innych” 🙂

Akceptuj to, co niezmienne

Jedno z najbardziej oczywistych, a wciąż tak ciężkich zadań. Ile energii i nerwów tracimy w życiu na zmianę zachowań bliskich, narzekanie na szefa, korki czy pogodę. Zastanówmy się wobec tego co w naszej sytuacji da się zmienić i zróbmy to. Do reszty dostosujmy się z wcześniej wyćwiczoną cierpliwością 🙂

Wszystkie powyższe punkty są tylko moimi skromnymi przemyśleniami i… być może się mylę. Działają jednak w moim wypadku, dlatego dzielę się tym co już wiem!

PEACE & LOVE & CHOCOLATE  ❤

10 pomysłów na… jak załatać pustkę, gdy nie podróżujesz

Życie, gdy nie podróżujesz? A co to za życie, zapytasz. Wiem wiem, ale wykrzesajmy trochę optymizmu.

Muszę przyznać, że jestem szczęściarą. Po powrocie z półrocznej tułaczki po Azji odzyskałam swoją starą pracę i mam szefową w której jestem zakochana po uszy. Tak minie mi kilka miesięcy, aż do czasu gdy z plecakiem znów wywędruję na długo, by wrócić do ukochanej Australii.

To nie oznacza jednak, że serce się nie wyrywa. Każda z wolnych dusz doświadczyła pewnie nie raz uczucia osamotnienia i zagubienia po powrocie do kraju, do domu. Nie jest mi to obce, łącznie z jednorazowym atakiem paniki, gdy moje ciało tuż po powrocie zasugerowało mi, ej stara chyba Ci się to wszystko przyśniło. Ten sam pokój, te same ściany, ta sama siostra w sąsiednim pokoju, może nigdy nie wyjechałaś? Te głosy zabrzmiały co najmniej przerażająco, na szczęście minęły. Byłam, widziałam, czułam, śmiałam się, płakałam, podziwiałam, poznawałam i o tym należy pamiętać!

Jak sobie z tym radzić?

Wywieś zdjęcia

Wystaw pamiątki, wywieś zdjęcia, noś zawieszki, chusty czy cokolwiek co towarzyszyło Ci i przypomina o wspaniałych przygodach. Takie małe rzeczy w kryzysowych momentach przypominają Ci jak wiele wspaniałych przeżyć masz za sobą i są obietnicą kolejnych.

Nie wiń otoczenia, że nie rozumie Twojej sytuacji

Łatwo mówić, trudniej zrobić. Wyobraź sobie jednak że usiłujesz wytłumaczyć osobie niewidomej kolory, które nałożyłeś na ściany swojego pokoju. Jak mógłbyś winić ją za brak zachwytu nad Twoim wyborem? Byłoby to co najmniej nie na miejscu, czyż nie? W podobnej sytuacji są Twoi bliscy, którzy nie mieli tyle szczęścia lub odwagi by dotrzeć tam gdzie Ty. Możesz poświęcać energię na przekonywanie ich co do prawidłowości swoich wyborów i działań, lecz najprawdopodobniej często nie spotka się to ze zrozumieniem. Opowiedz jak się czułeś, co Ci to dało, czego się nauczyłeś i co widziałeś, a ocenę pozostaw reszcie. W końcu każdy ma prawo do swojej, nie zależnie od tego jak daleka jest od Twoich oczekiwań.

Rób coś z niczego

Ciesz się małymi rzeczami, planuj aktywne weekendy, nie marnuj wieczorów, rób to co sprawia Ci radość. Bądź jak dziecko! Odkrywaj okolicę, spójrz na nią z perspektywy podróżnika. Zaskoczy Cię, jak wiele rzeczy wokół docenisz ze zdwojoną siłą. Zieleń drzew, pąki kwiatów, błękit nieba, temperatura. A może jeśli jesteś hardcorowym podróżnikiem, to ciesz się po prostu z ułatwionego dostępu choćby do prysznica i pralki? 😉

Pozwól sobie tęsknić

To normalne! Nie tłum smutku lecz przyjmij go jako naturalną reakcję na zmiany. Tęsknij do pięknych miejsc, ludzi z którymi się rozstałeś bo świadczy to o intensywności Twojego podróżniczego doznania, o tym jak dobrze było Ci w tamtych okolicznościach. Nie traktuj tego jednak jako utratę, a kolejny krok na Twojej drodze. ❤

Zamień więcej na mniej, bądź minimalistą

Przypomnij sobie jak niewiele uszczęśliwiało Cię w podróży. Nowi ludzie, śpiew ptaków, złapanie stopa do innego miasta, obiad kupiony przez życzliwego nieznajomego, ciepłe skarpetki w chłodną noc w namiocie, wschód słońca na śniadanie. Nie ulegaj więc cywilizacyjnemu pędowi, gdy wracasz do domu. Logiczne jest, że najprawdopodobniej będziesz używał dobrodziejstw techniki więcej niż w podróży. Będziesz spał na wygodnym łóżku, może nawet jeździł codziennie samochodem i używał dwóch telefonów. Nie zapominaj wówczas, jak przy odpowiednich okolicznościach niewiele było Ci potrzebne do szczęścia, bo to sprawi, że nadal będziesz doceniał to, co masz, zamiast chcieć ciągle więcej.

Utrzymuj kontakt z towarzyszami podróży

Zapytaj co u przyjaciół, znajomych lub randomowych osób, z którymi dzieliłeś przygody. Oni prawdopodobnie czują się tak samo zagubieni po powrocie do domu, możecie więc wspierać się wzajemnie. A może jest wręcz przeciwnie, dalej są w drodze i z chęcią opowiedzą Ci o swoich wrażeniach, rozpalając pragnienie kolejnego tripa.

Znajdź pracę, która Cię uszczęśliwi

Jeśli z jakichkolwiek powodów postanowiłeś wrócić do domu, wykorzystaj ten czas jak najlepiej. Nie zapominaj o tym, że szczęście i dobre samopoczucie są najważniejsze, służą bowiem zdrowiu psychicznemu i fizycznemu. Gdy zdecydujesz się podjąć pracę staraj się robić to co sprawi Ci przyjemność, w czym rozwiniesz skrzydła lub w ostateczności chociaż nie cofniesz się w samorozwoju. Czas pomiędzy podróżami nie ma być bowiem tylko smutną wegetacją.

Zaakceptuj zmiany

Główne założenie buddyzmu, które pozwala wesołym mnichom ze spokojem przyjmować to, co się przydarza i nie przywiązywać się do dóbr materialnych czy sytuacji. Wiedzą, że wszystko we wszechświecie się zmienia, krąży, a ostatecznie pozostaje w idealnej równowadze. Żadne siły, starania czy desperackie próby nie zmienią tej podstawowej prawidłowości. Słońce wschodzi i zachodzi, księżyc konsekwentnie powtarza swoje fazy, kwiaty zachwycają kolorami by później przekwitnąć. Ale wyszło poważnie… : )

Planuj kolejne podróże

…punkt nie wymaga rozwinięcia. Co może napawać radością porównywalną do planowania następnych przygód? ❤

Podglądaj innych

Na koniec najprościej – oglądaj filmy, szlifuj języki, czytaj książki podróżnicze. Śledź blogi, zbieraj inspiracje, kibicuj i pomagaj innym w ich podróżach. Odkrywaj przydatne aplikacje, udoskonalaj  sprzęt. Znajdź w swoim mieście kafejkę podróżniczą lub spotkanie Tobie podobnych i ciesz się czasem spędzonym w domu!

Ciekawe jak Wy radzicie sobie z tym wyzwaniem?

PEACE & LOVE & CZEKOLADA ❤

SZCZĘŚCIE TO JA (czyli jak nie dać wygrać wewnętrznym demonom)

Wówczas Hanoi dawało mi w kość. Zgiełk miasta, hałas przemykających szaleńczo skuterów w akompaniamencie najróżniejszych klaksonów. W powietrzu woń surowego mięsa zmieszana ze smogiem, temperatura coraz niższa,  słońce – jedyny dawca życia w tym mieście – ogłosiło protest. Myśli o powrocie do domu, do Polski, jako najczarniejszy ze scenariuszy odsuwałam na szary koniec. ‘Najszarszy’ z całej palety. Intensywnie zaczęłam poszukiwać zajęcia na południu kraju 1600 km dalej, gdzie warunki pogodowe obiecywały poprawę nastrojów. Wolontariat, praca, nie ważne – przecież do Warszawy wracam dopiero na Wielkanoc, zostało 2 miesiące!

Szybko okazało się, że idea wolontariatu nie działa w Wietnamie tak sprawnie jak w innych krajach. Właściwie to śmiem twierdzić, że nawet instytucja e-maila dopiero raczkuje więc mogłam równie dobrze próbować metodą klasycznego gołębia pocztowego. Mogłam również spakować się w pociąg lub nawet wystawić kciuk i spróbować szczęścia na słonecznym południu, jasne. Ale.. poczułam zmęczenie. Zmęczenie ciągłym przenoszeniem, adaptacją w nowym miejscu, szukaniem nowych przyjaciół, nowego domu, znów tylko na chwilę. Tęskniłam za moimi przyjaciółmi.

Mieszkałam wówczas (od 3 tygodni) z dwoma bezproblemowymi maniakami gier playstation, Batmana i papierosów elektronicznych. Co dzień wąchałam różne rodzaje słodkiego dymu z papierosów Eoghana, dostawałam pod nos pyszną wietnamską kawę z mlekiem kondensowanym. Niby żyć nie umierać, chwila zawahania, może się zaaklimatyzuję? Nie. 5 minut później bilety kupione, za 3 dni będę w Polsce.. ulga? Uczucie porażki? Nie jestem pewna które z nich wygrywało, szły łeb w łeb.

Do rzeczy, racja. Powrót do zimnego kraju stał się rzeczywistością i już na lotnisku moje obawy zaczęły się spełniać. Podstarzały grubasek unoszący głos na kobietę w kolejce do kontroli paszportowej, zniszczona walizka, śnieg i mróz za oknem, nikt się nie uśmiecha. Pierwszy raz zatęskniłam za miejscem gdzie nie rozumiem języka, w którym ludzie narzekają nad uchem. Jednak wbrew moim najgorszym oczekiwaniom lista niemiłych rzeczy, które spotkały mnie po powrocie zakończyła się w powyższym miejscu. Jednak to nie kraj się nagle zmienił. Więc w czym tkwi tajemnica? Już wiem, że w nastawieniu!

Absolutnie nie zamierzam zaprzeczać, że pojawiające się za oknem słońce znacznie umacnia optymizm i pomaga brnąć przez rzeczywistość. Jestem tego żywym przykładem, ale podobno jedynie 15 minut na słońcu zaspokaja dzienną dawkę witaminy D, której niedobory mogą przyczyniać się do obniżenia nastroju. Trzeba się jakoś pocieszać, nie?

Kiedyś pewien terapeuta opowiedział mi anegdotę, której długo nie zapomnę. Kobieta mieszkała w dużym, pięknym domu z ogrodem. Była szczęśliwa. Pewnego tragicznego dnia znalazła w domu trupa. Sytuacja w mgnieniu oka przerosła kobietę i czym prędzej, by nie myśleć o problemie schowała trupa do szafy. Nastało później kilka względnie spokojnych dni, kobieta zaczęła zapominać o nieprzyjemnej sytuacji gdy pewnego dnia… ciało zaczęło się rozkładać powodując nieprzyjemną woń. W kolejnych dniach przebywanie w sypialni stało się nie możliwe, kobieta zamknęła ją na klucz, a drzwi uszczelniła ręcznikami. Wkrótce z powodu zapachu przestała używać całego piętra. Po kilku miesiącach zapach zaczął uniemożliwiać funkcjonowanie w jakiejkolwiek części domu i kobieta zmuszona była się całkowicie wyprowadzić. Po kilku miesiącach sąsiedzi zaczęli martwić się nieobecnością sąsiadki i niepokojącym zapachem wydobywającym się domu. Odnaleziono kobietę i zmuszono do powrotu do domu. To, co zastała do posprzątania…. cóż, a gdyby posprzątała od razu.

Właśnie. Tak więc im wcześniej stawimy czoła naszym demonom, obawom czy fobiom, tym prędzej wrócimy do równowagi psychicznej umocnieni i pełni nowych sił. Spojrzenie w oczy własnym lękom nie jest, nie było i nie będzie proste jednak kształtuje charakter i umacnia nasze fundamenty. Poczucie siły, własnej wartości, szczęścia, zrozumienia. Zrozumienia siebie, otoczenia i okoliczności. Unikanie tego typu konfrontacji zaśmieca nam umysł, często na poziomie podświadomym. I nawet gdy perfekcyjnie oszukujemy siebie i wszystkich wokół, bez tego aktu odwagi nie zrobimy kroku wprzód, ponieważ coś będzie ciągnąć nas z powrotem. Możliwe, że prawie nie wyczuwalnie, możliwe, że nieuświadomione odbije się na zupełnie nieoczekiwanym aspekcie naszego życia.

Nie istotne jaki negatywny skutek przynosi wypieranie przeszłości. Bez wątpienia każdej ze stresujących, traumatycznych sytuacji warto jest jak najszybciej stawić czoła. Z tej konfrontacji możemy wyjść skrzywieni, smutni, być może kompletnie rozbici ale.. w ostatecznym rachunku zawsze poczujemy ulgę. „Dopiero gdy zamkniesz drzwi, otworzą się kolejne.” Czyż nie?

Dzięki potencjalnie najbardziej traumatycznemu scenariuszowi powrotu do Polski, który stał się rzeczywistością uświadomiłam sobie, że już nie uciekam. Wiem, że czeka mnie tu wiele dobrego i zawsze odnajdę dom. Mimo to utwierdziłam się w przekonaniu, że świat jest cudowny, inspirujący, pełen miejsc i emocji, które zdecydowanie chcę poczuć. Mogę więc ruszać dalej w drogę – co najważniejsze – już bez obaw i wątpliwości, z posprzątaną i oswojoną przeszłością. W każdym razie zastanowię się kolejnym razem podwójnie, zanim pełnym przekonania tonem odpowiem „a ja to nie lubię polski.” Ty też możesz coś zmienić 🙂

20170226_143415.jpg

PEACE & LOVE & CZEKOLADA ❤

Traktorem po Kambodży

20161109_074131

                                                                                                                  Kambodża 8/11/2016

Do granicy Laotańsko-Kambodżańskiej dojechaliśmy gładko na pace pick-upa. Naszym oczom ukazał się ogromny, nowy budynek, zapraszający złotym napisem „Cambodia” strzeżonym przez dwa złote lwy. Wokół – żywego ducha nie było. Nieśmiało weszliśmy do środka, (hmm..na wnętrze pieniędzy już nie starczyło) echo odbijało się od ścian, dwa wyraźnie inspirowane PRL-em biurka, trzy krzesła i dwóch policjantów, ot cała ekipa. Zaczęliśmy wypełniać wnioski wizowe i wtedy bardzo w czas zorientowaliśmy się, że nie mamy pieniędzy na opłacenie wiz. Ok, to gdzie jest bankomat? Cóż, uprzejmy celnik poinformował nas iż najbliższy ATM znajduje się 60 km od granicy, a do Laosu nie mieliśmy już wstępu. Łamaną angielszczyzną zaproponował nam pomoc kolegi, który miał opłacić nasze wizy na granicy, a następnie zawieźć do najbliższego bankomatu w mieście Stung Treng, cała usługa 50 dolarów. Bez większego wyboru, z przymrużeniem oka i względną tolerancją dla naszego zapominalstwa zgodziliśmy się i ruszyliśmy w drogę.

Z początku myślałam, że to kolejny trick na naiwnych turystów jednak nic bardziej mylnego. Przez kolejne 60 km Kambodża rzeczywiście miała nam do zaoferowania wyłącznie nieskończone połacie zielonych pól z nielicznymi, samotnymi domkami rozmieszczonymi jakby zupełnie przypadkowym rzutem na mapie. Po godzinie drogi dotarliśmy do – jak mi się wówczas wydawało – najbrudniejszego miejsca podczas naszej podróży, pierwszego miasta na północy. Zaliczyliśmy wieczorny kambodżański koncert dla młodzieży, pojedliśmy koników polnych i dzień później wyruszyliśmy w dalszą drogę.

Nie więcej niż 4 km dzieliły nas od perfekcyjnego autostopowego punktu więc zdecydowaliśmy się rozpocząć dzień spacerem. Brak formy po wczorajszym deszczowym „dniu pizzy i czipsów w łóżku” zmotywował nas do rozglądania się za stopem już na samym początku naszej wędrówki i … bingo! Powolny traktorek z przyczepką nie miał szans na wyminięcie entuzjastycznie zatrzymujących go turystów, migowo-hasłowym językiem (chyba) dogadaliśmy się na podwózkę (chyba) do głównej drogi, próbujemy. Rzeczywiście śledząc ruchy ciągniczka po okolicznych polach wydawało się, że zmierzamy we właściwym kierunku. Co więcej, traktorek niczym nie powstrzymany z pola wjechał prosto na główną trasę szybkiego ruchu i z wesołym rzęchotem przeprawił nas na drugą stronę ogromnego mostu, lepiej być nie mogło!

Wysadzeni w perfekcyjnym spocie, zjedliśmy zupę na przydrożnym markecie i leniwie usadowiliśmy się na drodze wystawiając kciuki co 10 minut (główna droga w Kambodży nie oznacza, że jest uczęszczana). Złapaliśmy średnich rozmiarów ciężarówkę przewożącą kilka ton soi w workach prosto do Siem Reap, znów perfekcyjnie! Usadowiliśmy się więc w środku dość wygodnej kabiny i Ole pogrążył się w natychmiastowym śnie. Ja natomiast próbowałam udawać, że rozumiem język Khmer gdy kierowca bardzo tego ode mnie oczekiwał, dzieląc się emocjonalnie informacjami na różne tematy (koniec końców oboje rozmawialiśmy sobie o dwóch różnych rzeczach, w dwóch różnych językach i było fajnie). Ciężarówka mknęła przez Kambodżańskie pola z prędkością 50km/h więc zapowiadała się przynajmniej sześcio-godzinna podróż.

W połowie drogi zostaliśmy poinformowani o czymś, niestety nie było dla nas oczywiste o czym dokładnie, ponieważ Azjaci wcale nie chcą ułatwiać nam zadania. Nie silą się na wykonywanie gestów czy wskazywanie palcami, oni po prostu mówią po swojemu. Zatem jak się okazało, w połowie drogi stanęliśmy na poboczu i udało nam się wywnioskować, że kierowca spędzi tu noc i wyruszy w dalszą drogę dopiero następnego dnia. Zdezorientowani odebraliśmy nasze plecaki i zaczęliśmy przygotowywać się do łapania następnego stopa. Podczas naszej krzątaniny z plecakami wokół zaczęła zbierać się coraz większa grupka zainteresowanych, żywo dyskutujących nad czymś. I wtedy spotkało nas jedno z bardziej wyjątkowych wydarzeń na dotychczasowej drodze. Pomocnik kierowcy przybiegł do nas i zawrócił nas do samochodu, pokazując że zmienili zdanie i pojadą jednak w dalszą drogę. Niezwłocznie odebrali od nas plecaki i zapakowali je z powrotem na ziarna soi.

Skoro już mieliśmy jechać w dalszą podróż, Pan kierowca zaprosił nas na obiad do pobliskiego marketu ulicznego, zapłacił za wszystko i dorzucił wodę na drogę. Nie chcąc przedłużać, wróciliśmy do ciężarówki czekając na resztę ekipy. Już w samochodzie Pan Kierowca zaczął jakoś jaśniej komunikować swoje myśli, używając troszkę języka gestów (albo to mój Khmerski poprawiał się z minuty na minutę) i wytłumaczył, że jest niebezpiecznie, dlatego chciał nocować. Że droga krzywa, dziury, a on trochę zmęczony. Bez wątpienia zmienili plany specjalnie dla nas!

Po drodze zatrzymaliśmy się na kilka minut przy bambusowym domku. Nim zdążyliśmy wysiąść, gospodarz z zaciekawieniem wspinał się do okna by skontrolować jakie to nabytki europejskie przewozi jego przyjaciel. Radośnie i z dumą wykrzykiwał najważniejsze angielskie słowa jakie znał „this is my friend! And this s my car!”. Zdążyliśmy tylko rozprostować nogi, a już obok nas stał wesoły młodzieniec z kolorowym kufelkiem w ręku próbując zakomunikować coś w całkiem dobrym, aczkolwiek niewyraźnym angielskim. Ah tak! Był pijany, wszystko jasne, to co mówił brzmiało „you can drink with me?” Tak więc Ole zaliczył ekspresowego szota, którego smak opisał jako połączenie rumu, ryżu i płynu do naczyń. Pożegnaliśmy się w pośpiechu i ruszyliśmy w pozostałe 3 godziny drogi. Tak właśnie cali i zdrowi, dzięki wspaniałym ludziom, późnym wieczorem dotarliśmy do Siem Reap.

20161109_131434

Monika

Z cyklu wspomnień – pieszo przez Laos.

Jestem szczęściarą, jakie jest prawdopodobieństwo, że spotkasz zupełnie przypadkową osobę za pośrednictwem Internetu, w ciemno zdecydujesz się na wspólną podróż i ta ruletka okaże się trafiona? Tak właśnie było z Ole i póki co dalej z powodzeniem przemierzamy Laos. Ba, właśnie ocieramy się o pierwszy cel naszej podróży! Dotarliśmy do Si Phan Don na rzece Mekong i zostało nam tylko 20 km do wyspy Don Det.

– Może skuter? – Nie ma połączenia między wyspami…

– Może łódź ? – Odpłynęła o 8.

– Może idziemy ? – (chwila ciszy) czemu nie ?

Piętnaście minut później zastanawiałam się jak to możliwe, że propozycja przejścia 20 kilometrów z piętnastokilogramowym plecakiem padła z moich ust. Ale nie mogła być bardziej trafiona! Podczas naszej podróży nie kupujemy żadnych wycieczek. Pytamy miejscowych, zwiedzamy na własną rękę i to właśnie pozwala nam odkryć kraj taki jakim jest naprawdę, a nie takim jaki jest w kilku turystycznych ośrodkach.

Jeśli kilometry mogą zmieniać życie, to absolutnie zaliczam dzisiejsze 20 kilometrów do tych najszczęśliwszych. Nasza podróż rozpoczęła się w małej wiosce i tak nie zbaczając z drogi szliśmy powolnym krokiem wzdłuż Mekongu, mijając czasem kolejne domki, czasem pola ryżowe, czasem przedzierając się przez imponującą, zieloną dżunglę.

Laotańskie rodziny żyją w swoich wioskach wielopokoleniowo, starsi wciąż pracują na polach, pomagają przy dzieciach, młodzi prowadzą mini sklepiki, a w każdym z domów krząta się przynajmniej trójka dzieci. Dzieciaki są więc wszędzie, powietrze przepełnia ich radosny zgiełk, krzyki i gonitwy. Pluskają się w bajorkach, a gdy nadjeżdża skuter starsze z maluchów zręcznie łapie najbliższego bobasa, aby uchronić go przed kołami. Obrazki, których doświadczyliśmy na tej drodze ujmują prostotą, są definicją szczęścia. A gdy tylko nadchodziliśmy ze swoimi wielkimi plecakami, wszystkie dzieci wylegały z podwórek na drogę, ze szkolnych boisk do głównej bramy, aby pomachać nam z radosnym „Sabaidiiii” (cześć!). Co odważniejsze przybijały piątki, niektóre nawet podążały za nami przez dobrych parę minut. Znalazł się nawet cwaniak, który podążał za nami przez dobrych kilkanaście minut aby finalnie ukraść mi z plecaka 2 piłki tenisowe, cóż, niech chociaż ma frajdę..

Walcząc z naszym ego, nie zatrzymywaliśmy się do osiągnięcia magicznego „w połowie drogi”. Gdy to jednak nastąpiło, legliśmy na ziemi w cieniu pierwszego lepszego drzewa, wycisnęliśmy nasze pływające koszulki i w dwie minuty prawdopodobnie byliśmy już nieprzytomni. Tak się złożyło, że na nasz odpoczynek wybraliśmy miejsce tuż przed płotkiem bambusowej chatki, czym wzbudziliśmy niemałe zainteresowanie mieszkańców. Po jakimś czasie obudziła mnie pogodna Laotańska kobieta, która usiadła obok nas ze swoim wielkim bambusowym kapeluszem w ręku, jedząc coś bliżej nieokreślonego. Powitała nas szerokim uśmiechem i ruchem ręki wskazała, abyśmy się poczęstowali. I znów, cóż zna gościnność! Czy może być coś wspanialszego? Siedzieliśmy tak kilka minut, uśmiechając się szczerze i jedząc coś wyjątkowego. Była to bardzo kwaśna chyba-fasola, którą gospodyni przed włożeniem do ust obtaczała w soli, przysmak tylko dla wytrzymałych!

Po kilku godzinach, mocno nadszarpnięci wędrówką prawie dotarliśmy do celu, od naszej wysepki oddzielał nas niecały 1 km, już oglądaliśmy ją z drugiego brzegu. Ale… łódka już dziś chyba nie pływa. Tak bardzo poczułam w tym momencie moc powiedzenia „tak bisko, a tak daleko”. Marzyliśmy o prysznicu, hostelu a w zamian coraz bardziej prawdopodobna stawała się wizja spędzenia nocy w namiocie z widokiem na nasz upragniony brzeg, nie było to szczytem moich marzeń dnia tamtejszego. Na szczęście Ole odpalił swoje zdolności przekonywania połączone z zaawansowanym migowym, gospodyni wydzwoniła swojego ‘ziomka z drugiego brzegu’ i po dwudziestu minutach postawiliśmy ostatecznie stopę na wyspie Don Det. Osiągnęliśmy to!

Kolejnego dnia zwieńczyliśmy naszą podróż po Laosie całkiem survivalową wycieczką na skuterze dookoła najpiękniejszej z wysp – Don Khon. Jak wisienka na torcie czekał tam na nas wodospad Li Phi falls (Li Phi po laotańsku oznacza „spirit trap”) na rzece Mekong, nazywany Korytarzem Diabła. Szeroki na prawie 11 km i długi na prawie 10 km, uznawany jest za najbardziej rozległy kompleks wodospadów na świecie. Laotańczycy wierzą, że wodospad ten łapie nieposłuszne duchy. Ok, jestem w stanie uwierzyć, one muszą być naprawdę nieposłuszne. Spokojna tafla szerokiej rzeki na raz zaczyna zwalać się i rozbijać o setki porozrzucanych na drodze gigantycznych głazów, ukazując swoją moc i nieprzewidywalność. Kolejny raz natura napawa mnie podziwem i respektem w skali XXL.

dsc_0080dsc_0173-2dsc_0191dsc_0199

Z przekupkami do miasta Paxe, czyli transport publiczny w Laosie.

Z Na Pom, małej wioski w której spędziliśmy noc po środku pola ryżowego postanowiliśmy udać się do pobliskiego miasta Paxe. Na oko wychodziło 60 km, czyli jakaś godzina drogi, zdecydowaliśmy się złapać autobus za całe 6 zł. Nasze wielkie bagaże zostały upchnięte pod pokład, a my sami zaczęliśmy upychać się do autobusu, co okazało się nie lada wyzwaniem. Na każdym przystanku autobusowym (które są właściwie wszędzie gdzie: a) ktoś chce zjeść b) ktoś komuś coś podrzuca po drodze c) ktoś chce siku (i prawdopodobnie wiele innych), do środka wlewają się przekupki z pobliskiego marketu, przepychając się pomiędzy pasażerami z jajkami, makaronem i tysiącem niezidentyfikowanych mięs nadzianych na patyk. Trwa to około pięciu minut, każdy kupuje co chce (można też przez okno), po czym każda wychodząca przekupka obrywa kuksańca w głowę od poirytowanego kierowcy. Schemat ten sam, powtarza się wszędzie. Po piętnastu minutach jesteśmy gotowi do odjazdu. Widok wnętrza pojazdu i atmosfera towarzysząca podróżnym jest doświadczeniem samym w sobie. Poprzednio jako pasażerowie jechaliśmy upchnięci w szóstkę w małej toyocie z ekwipunkiem jak na przeprowadzce, na kolanach trzymając przysłaniające wszystko gigantyczne plecaki. Jakiś problem? Teraz stoimy w autokarze, który ledwo domyka drzwi, gdy wszyscy odpowiednio się ustawią. Co jakiś czas od przodu do tyłu kursuje sprzedawca biletów, pomocnik rozgadanego kierowcy i dłużnicy uiszczają opłaty. Nie wiem jak to robi, że jeszcze znajduje miejsce na przejście, gdyż ludzie znajdują się wszędzie. Na schodkach, siedząc na swoich plecakach i głównie stojąc pomiędzy dwoma rzędami siedzeń. Ale to nic! Rozmowy i zgiełk nie mają końca. Ktoś je ciasteczka, dzieli się z całym autobusem. Po drodze żartują z wzrostu Ole, który ledwo mieści się pod dachem. Kolejne ciasteczka i cukierki, my również nie zostaliśmy pominięci. Każdy się śmieje i przekrzykuje, gdy ktoś potrzebuje pomocy, rzesza rąk wyciąga się w potrzebie. Nikt nie jest tu obcy i wszyscy są rodziną. I tak po około półtorej godziny w zamkniętej, wesołej saunie dojechaliśmy do Paxe. 6 złotych za bilet, a tyle radości!

20161031_114024

Dzień później staliśmy gotowi do dalszej drogi czekając na samochód przy głównej drodze. Po kilkunastu minutach do sklepu obok podjechała odpicowana, biała terenówka więc spróbowałam szczęścia. Ze środka wysiadło dwóch 17-latków w szkolnych mundurkach, zanosząc się nieśmiałym śmiechem gdy pytałam ich o możliwość podwózki za miasto. „Please, tylko 10 km!” Spoglądali na siebie i na mnie na przemian po czym poinformowali, że muszą jechać do szkoły, trudno. Ale dreszczyk przygody nie dawał im odjechać! Najwyraźniej po sklepowej naradzie zdecydowali się „zaryzykować” i zgodzili się podwieźć nas na wylotówkę. Podziękowaliśmy, wysiedliśmy, poszliśmy. Za 5 minut dobiegły nas krzyki zza pleców, no przecież, jak mogli zapomnieć „can I have your facebook?!”

Do Muang Khong dojechaliśmy z przemiłym Laotańczykiem, który raz w roku udaje się z Vientian na południe kraju aby odwiedzić swoją matkę. Po drodze zahacza wszystkie większe miasta, gdyż w każdym kolejnym mieszka któryś z jego braci, to dopiero wyprawa!

Tym sposobem znaleźliśmy się na rzece Mekong, gdzie rozpoczynał się rejon 4000 wysp, Si Phan Don, zapłaciliśmy 15 tysięcy kip i zostaliśmy przetransportowani łódką na pierwszą z nich. Po krótkich poszukiwaniach na nadchodzącą noc postanowiliśmy pożyczyć sobie pokój znajdujący się w opustoszałym budynku przypominającym szkołę. Wyglądało na to, że budowa cały czas trwa, ale oprócz kóz chroniących się wewnątrz byliśmy tam jedynymi gośćmi. Rozpaliliśmy przenośne metalowe ognisko (dzięki Ole, ten wynalazek pozostaje w moim top 10!) i zaczęliśmy gotować ryż. Po kilku minutach znikąd pojawił się obok nas pan Laotański Pasterz, szukając najwyraźniej swoich kóz. Obszedł powolnym krokiem wszystkie pokoje i wrócił popatrzeć co właściwie wyprawiamy. Obdarzył nas szerokim uśmiechem, pogadał (oczywiście po Laotańsku), zapalił papierosa i pożegnał nas na ten moment.

Rankiem dnia następnego Pan Pasterz przyłapał nas na kolejnym posiłku, skontrolował ponownie kozy, zapalił papierosa. Postał, posiedział, przyglądał się z zaciekawieniem kolejnym etapom naszego gotowania. Najpiękniejsze było to, że nie silił się na słowa, i tak się nie rozumieliśmy. Po prostu BYŁ, uśmiechał się, spędził z nami czas i pożegnał nas na dobre emanując tym swoim spokojem. Zapomniałam już, a może nawet nie wiedziałam, jak magiczna i pełna znaczenia może być zwykła cicha obecność. Warto wypróbować, polecam!

Monika